×

Nós usamos os cookies para ajudar a melhorar o LingQ. Ao visitar o site, você concorda com a nossa política de cookies.

Inscreva-se gratuitamente
image

Opowieść o Dwóch Szlakach, Prolog

Prolog

Krople lekkiej mżawki zraszały Seattle, nadając miejskim ulicom mokry połysk. Przestało padać dokładnie w momencie, kiedy moje stopy stawiały pierwsze kroki na zewnątrz domu. W jednej ręce trzymałem kij trekkingowy, a w drugiej parasolkę. Stawiając pierwsze kroki, chwiałem się pod ciężarem pokaźnego plecaka wiszącego na moich plecach i tego mniejszego, który niosłem na piersi.

Plecaczek niesiony na klatce piersiowej był dziełem moich własnych rąk. Chcąc uszyć go samemu, musiałem opanować obsługę maszyny do szycia oraz nauczyć się, jak dopasowywać do siebie kawałki materiału tak, by powstał z nich plecak. Nikt by nie zgadł, że to ja sam uszyłem ten plecak. Wyglądał zbyt profesjonalnie.

Ucieszony swoim pierwszym sukcesem krawieckim, postanowiłem zwiększyć wymiary, zmienić zamek błyskawiczny na ściągacz i po wykonaniu kilku szwów tu i tam oto trzymałem w rękach duży plecak – kolorowy, w sześciu różnych barwach, wykonany z czterech różnych rodzajów materiału, które wygrzebałem spośród stosu skrawków znalezionych w lokalnym sklepie z tekstyliami. Plecak był ogromny, ale wykonany według prostego projektu. Właściwie był to duży worek z doszytymi ramiączkami. Był ręcznym wyrobem powstałym w warunkach domowych i na taki też wyglądał.

Ten wielki, jeszcze nieprzetestowany plecak, właśnie wyruszał w swoją próbną podróż. W jej trakcie chciałem się przekonać, jak dobrze plecak będzie pasował, jak dobrze się sprawdzi na łonie dzikiej przyrody i czy przypadkiem nie potrzebuje jakichś ulepszeń zanim zabiorę go na wyprawę szlakiem Pacific Crest Trail, którą planowałem na następny rok. Do plecaka spakowałem wszystko, co było mi potrzebne by przetrwać 80-milową, 9-dniową wędrówkę przez las. W drugim, mniejszym plecaku niosłem przekąski, wodę, pusty worek uszyty z materiału oraz najprzeróżniejsze przedmioty, które miały mi pomóc dotrzeć do początku szlaków oraz do ich końca.

Musiałem wyglądać przekomicznie, spacerując z dwoma plecakami zwieszającymi się po obu stronach mojego tułowia. Ale nie przejmowałem się tym, dowlekając się do przystanku autobusowego. Zauważywszy wyłaniający się zza zakrętu autobus, przyspieszyłem nieco kroku i przedostałem się na drugą stronę ulicy w najbardziej niezdarny ze wszystkich możliwych sposobów, wymijając samochody, które zatrzymały się na czerwonym świetle.

Wsiadłem do autobusu z trudem łapiąc oddech, wrzuciłem kilka monet do automatu wydającego bilety i usiadłem.

Autobus przedzierał się przez zakorkowane ulice. Ruch samochodowy był w tamtym czasie dodatkowo utrudniony przez trwające roboty drogowe. W rezultacie dotarliśmy do centrum Seattle z dwudziestominutowym opóźnieniem. Wysiadłem z autobusu i po przejściu kilku przecznic, znalazłem się na przystani, gdzie cumował Victoria Clipper – prom pasażerski, którym miałem dopłynąć aż do Victorii, stolicy Kolumbii Brytyjskiej. Waga bagażu podręcznego, który mogłem zabrać na pokład promu, była ograniczona do 20 funtów. Spakowałem więc swój większy plecak do materiałowego worka – w tym właśnie celu niosłem go z sobą. Potem nadałem worek jako bagaż do luku.

Niewielka grupka pasażerów zgromadziła się na przystani. O wyznaczonej porze Victoria Clipper odbił od nabrzeża. Znalazłem dla siebie miejsce siedzące przy oknie, by móc podziwiać uderzające piękno Zatoki Puget.

Widok na Góry Olimpijskie!

Widok na wulkan Mt. Rainier!

Widok na wyspy San Juan!

Widoki! Widoki! Widoki!

Oczekiwałem tych wszystkich wspaniałych widoków. Niestety, pogoda była pod psem, więc jedynym, co było mi dane widzieć, była mgła.

Kiedy wpłynęliśmy na wody Cieśniny Juan de Fuca, fale niemal zupełnie ustały, a i widoki stały się piękne. Niestety, jak tylko znaleźliśmy się na otwartym morzu, znacząco wzrosło też kołysanie fal. Położyłem się na siedzeniu. Zamierzałem uciąć sobie drzemkę, by w ten sposób uniknąć choroby morskiej.

Dwie i pół godziny po opuszczeniu Seattle dotarliśmy do przystani w samym sercu Victorii, gdzie powitały nas piękne, zdobione ornamentami historycznego zabudowania. Zaraz po dobiciu do nabrzeża dał się słyszeć warkot silnika i tuż przy promie wylądował wodosamolot pływakowy, z gracją osiadając na wodzie.

W trakcie podróży promem przekroczyłem granicę między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą. Teraz musiałem więc przejść przez odprawę. Chwyciłem swój bagaż i pomaszerowałem na spotkanie z kanadyjskimi celnikami.

- Jaki jest cel pańskiej wizyty w naszym kraju? - spytał mężczyzna w mundurze.

- Planuję przeprawić się pieszo Szlakiem Zachodniego Wybrzeża - odparłem z dumą. Nie wspomniałem nic o planowanym zaraz potem przejściu Szlakiem Morskmi Juan de Fuca – wolałem, by rozmowa z celnikiem była możliwie najkrótsza.

- Czy ma pan przy sobie środek odstraszający niedźwiedzie?

- Eeee... nie... - wyjąkałem. - Skąd to pytanie? Mógłby mi się przydać? Czy mam rozumieć, że niedźwiedzie stwarzają problemy w tych stronach?

Celnik roześmiał się. - Nie, niedźwiedzie nie powinny stwarzać problemów w tych stronach.

- Nie powinny być problemem? - zapytałem skonsternowany.

Mężczyzna pokręcił przecząco głową i powiedział, tym razem z większym przekonaniem: - Nie, niedźwiedzie nie będą dla pana problemem.

Zdecydowane miałem taką nadzieję!

- Czy ma pan przy sobie żywność? - kontynuował celnik.

Zwykle, kiedy przekraczam granice między państwami, wolę nie mieć przy sobie jedzenia – właśnie po to, żeby ominąć te wszystkie pytania o transportowaną żywność. Tym razem jednak wybierałem się w pieszą podróż dzikim szlakiem, potrzebowałem więc specyficznych produktów, które trudno było dostać w miejscowych sklepach – na przykład liofilizowanego mielone mięso wołowe i owocowego puree domowej roboty.

Tak, miałem przy sobie żywność. Miałem przy sobie nie mniej niż 20 funtów jedzenia! O ile mi było wiadomo, władze Kanady nie zabraniały przewożenia przez granicę żadnego z produktów, jakie znajdowały się w moim plecaku, ale obawiałem się nieco, że jakieś nieznane mi przepisy mogą pozbawić mnie niezastąpionych elementów mojego biwakowego menu.

- Tak - powiedziałem. - Mam przy sobie produkty niezbędne podczas biwakowania. Słodycze, coś liofilizowanego, mleko w proszku i tak dalej. - Starałem się podkreślić słowa, które mogły mi ułatwić pomyślne przejście przez odprawę.

- Jakieś świeże warzywa, surowe mięso?

- Nie, sir!” odparłem zgonie z prawdą. - Takie rzeczy nie przetrwałyby nawet jednego dnia na szlaku!

Świeże owoce czy jarzyny z pewnością przetrwałyby i kilka dni na trasie, ale ponieważ nie miałem ich przy sobie, nie widziałem powodu, by oświecać celnika w tej kwestii. Wziąłem z sobą tyko takie produkty, jakie trudno by było znaleźć w sklepach spożywczych w Victorii – świeże owoce i warzywa z całą pewnością nie figurowały na tej liście.

Celnik zadał jeszcze kilka pytań, zanim mnie wypuścił i oficjalnie mogłem wkroczyć na terytorium Kanady.

Learn languages from TV shows, movies, news, articles and more! Try LingQ for FREE