×

我们使用cookies帮助改善LingQ。通过浏览本网站,表示你同意我们的 cookie 政策.


image

Emigracja - Malcolm XD, Współlokatorzy (2)

Współlokatorzy (2)

Jak potem w 2011 były zamieszki w Londynie, to zaczęło się na Tottenham, następnego dnia już były inby na Brixton, a kolejnego już na Hackney – niby ex aequo z kilkoma innymi rewirami, ale nadal na podium. Gdybym wtedy znał te dane, to pewnie tego pierwszego dnia, jak koło pierwszej w nocy skończyło się kupione przez Stomila 18 żubrów, nie zgłosiłbym się na ochotnika, że pójdę po więcej. Bo i John Lin wypił z 4, Steven 2, a nawet Mike z Tajwanu i ten Kuba z Polski dziabnęli po jednym. Stomil mi wytłumaczył, w którą stronę jest sklep, i polazłem.

Przeszedłem może z 200 metrów, zgodnie z instrukcją najpierw w trzecią ulicę w prawo, potem w drugą w lewo, wychodzę zza winkla i ledwo wyhamowałem, żeby nie wlecieć w ekipę 10 typa, którzy tuż za tym winklem przebywali, uskuteczniając STANIE KOŁO SAMOCHODÓW, czyli – jak wynika z moich późniejszych obserwacji – jeden z najpopularniejszych sposobów spędzania wolnego czasu na Hackney.

Wydygałem się, bo w naszym kraju jak o pierwszej w nocy na nieznanej dzielnicy wpadniesz na 10 typów, to zazwyczaj jest marnie. W dodatku ci, których akurat wtedy spotkałem, byli wszyscy czarni, a ja pochodzę z kraju homogenicznego rasowo, etnicznie i religijnie (od jakiegoś czasu), więc nie wiedziałem, czego się spodziewać. Jak by u nas w Polsce wszystkie czarne typki zebrały się w nocy na jednym skrzyżowaniu, to pewnie jeszcze z czterech by brakowało, żeby ich było razem dziesięciu. Dlatego też moje wyobrażenia na temat tego, co za chwilę się wydarzy, ukształtowane były po pierwsze doświadczeniami spotykania takich ekip, tylko w Polsce, a po drugie grą w GTA San Andreas, która była moim jedynym oknem na czarną kulturę. Oczywiście w UK już spotkałem trochę ludzi innych ras i wyznań, ale prawie samych turystów z rikszy, bo na naszej poprzedniej, bananowej dzielnicy wszyscy nasi sąsiedzi albo mieszkali w jakichś rajach podatkowych, albo siedzieli w więzieniach, albo patrzyli z okien i się wkurwiali, że żyjemy, a ze współlokatorami jakoś nigdy nie mieliśmy czasu się lepiej zintegrować przez pracę i te ciągłe zebrania, z których człowiek wychodził głupszy, niż wchodził.

No ale dobra, staję przed tymi 10 typami, blady strach mnie obleciał (co jeszcze podkreślało różnice rasowe) i myślę, czy zrobić w tył zwrot i spierdalać. Niestety dosłownie wszyscy z nich byli w posiadaniu jakichś środków transportu – poczynając od tego samochodu, koło którego stali, a kończąc na hulajnodze – więc by mnie dogonili. Na tym właśnie polegało całe zjawisko STANIA KOŁO SAMOCHODÓW, że kilku typków podjeżdżało gdzieś samochodem, zazwyczaj golfem albo civikiem, po tak zwanym tuningu wizualnym, a ich mniej zamożne ziomki przyjeżdżały czym kto miał: skuterami, rowerami, hulajnogami, a jak ktoś już nawet hulajnogi nie miał, to brał z koleżką wózek spod Tesco za funta i jeden drugiego w nim pchał. Potem te wózki leżały pozostawione po ulicach, bo typów było przecież stać na nowy. Jak już się tak wszyscy zebrali, to z fury puszczało się muzykę, ci od skuterków próbowali palić gumę, ci od rowerów jeździć na tylnym kole, a ci od wózków na zakupy sobie w nich siedzieli i tak oto życie płynęło na rejonie.

W każdym razie wtedy w nocy doszedłem do wniosku, że spierdolić nie dam rady, a oni wszyscy stoją i się na mnie lampią. Jak już niegdyś wspominałem, jestem nieśmiały społecznie, więc już nawet bardziej od strachu zacząłem odczuwać zażenowanie z powodu wywołania przeze mnie tak niezręcznej ciszy. I w końcu mówię I AM SORRY, I AM FROM POLAND, bo nic lepszego nie wymyśliłem, a oni wydali z siebie tylko pomruk zrozumienia i rozstąpili się na dwie strony chodnika, tworząc dla mnie przejście jak przez biblijne Morze Czarne.

Jak wracałem z 12 promocyjnymi żubrami, to nawet przez chwilę myślałem, żeby może iść inną drogą, ale w końcu doszedłem do wniosku, że tam mógłbym z kolei wpaść na inną ekipę i musiałbym wszystko tłumaczyć od początku.

To zdarzenie było znamienne dla całej sytuacji na Hackney. Owszem, co drugi dzień w gazetach na pierwszej stronie pisali, że jakiś typek dostał u nas na dzielni nożem, ale z moich obserwacji wynikało, że rzadko dostawał za darmo. Nie znam oczywiście każdego, kto dostał, ale z tego, co widziałem, ciężko było tu jednak dostać wpierdol za nic. Natomiast jako mieszkańca Europy Środkowo-Wschodniej najbardziej zaskakiwał mnie brak tradycji przypierdalania się do ludzi ZA PATRZENIE SIĘ. Pójdziesz w Polsce do sklepu nocnego, pod nim stoi trzech chamów najebanych i zaraz wyłapiesz w cymbał za sam fakt, że koło nich przechodziłeś. Na Hackney te kosy to sprzedawali za aktywną przynależność do zwaśnionej ekipy albo jakieś porachunki narkotykowe, bo, jak wspominałem, narkotyków było od chuja. Nie spotkałem się natomiast nigdy z akcją, żeby coś się stało jakiejś zupełnie przypadkowej osobie, co sobie szła ulicą. Nigdy też nie spotkałem się z opcją, żeby ktoś się do mnie przypierdolił, że jestem biały, jak mijałem 10 czy później to i 15 czarnych typów, więc to też z ich strony miło. Zresztą to samo muszę powiedzieć o ekipach białych typów, w tym tych z Polski. Nierzadko zdarzało się, że pod sklepem czy gdzieś przy ławeczce stało kilku rodaków, których rodactwo dało się rozpoznać po przywiezionej z Polski odzieży tak zwanych marek sportowo-ulicznych, które występują tylko w Polsce – bo, co ciekawe, odzieży patriotycznej jeszcze w tamtych czasach zbytnio nie było, chyba że taka prawdziwa: w muzeach. No i stało na przykład trzech takich chamów, po których ryjach było widać, że jak by to był sklep w Polsce na osiedlu, to na 100% by się do mnie przypierdolili, a jak byliśmy w UK, to się z jakiegoś powodu nie przypierdalali. Najprostsze wytłumaczenie tego faktu to to, że w UK tradycyjnie mieszkają gentlemani i nawet jak największy SIWY z osiedla KALIFORNIA – bo tak zazwyczaj nieformalnie nazywają się najbardziej patologiczne osiedla i najwięksi patolodzy na nich mieszkający – przekroczy granicę Wielkiej Brytanii, to na niego to gentlemeństwo jakoś dziejowo spływa. Natomiast moja prywatna teoria jest taka, że to przez brak zakazu picia browarów na ulicy i mniejsze ściganie za palenie skuna. Jak u nas taki patolog stoi pod sklepem i wali piwa pół dnia, a w dodatku ma jeszcze gram jarania w kieszeni, to cały czas jest zestresowany, że policja podjedzie i będzie miał za piwerko czy za palonko kłopoty. Musi ciągle obcinać, rozkminiać i tym podobne, co pewnie jest obciążające, i w końcu po całym dniu stania jego psychika już nie wyrabia i musi komuś zapierdolić. W UK tymczasem w parkach można pić zupełnie na legalu, na ulicy, jeżeli nie robisz bydła, to w najgorszym wypadku ci każą wyrzucić do śmieci, a za samo jaranie blantów jest mandat, a nie kryminał.

Wracając jednak do kwestii rasowych, to obecnie w całej Europie trwa gorąca dyskusja na temat tego, czy tak zwana polityka multikulturowości, w skrócie MULTIKULTI, odniosła sukces, czy też poniosła porażkę. W tym kontekście i na podstawie moich doświadczeń na tej dzielnicy uważam, że sukces. Aczkolwiek muszę zaznaczyć, że moje oczekiwania wobec tej polityki ograniczały się do tego, żeby nie dostać kosy na ulicy, więc jak ktoś ma jakieś wyższe aspiracje, to musi rozsądzić we własnym sercu.

Skoro przy tej kwestii jesteśmy, to warto powiedzieć trochę o strukturze etniczno-rasowej Hackney, więc cytując dane ze spisu ludności:

Biali Brytyjczycy – 36%

Inni biali, czyli Polacy, Rumuni, Irlandczycy etc. – 18%

Azjaci, co w UK znaczy od Bliskiego Wschodu po Chiny – 10%

Czarni – 23%, z czego 11% o korzeniach afrykańskich, 8% karaibskich, a pozostali innych.

No a reszta to już nie takie ważne. Ważne natomiast, żeby pamiętać, że żadna dzielnica nie jest idealnie wymieszana pod względem społeczno-ekonomicznym. Tak też Hackney składało się z następujących części:

• Stamford Hill i Stoke Newington – część dla klasy średniej, dlatego raczej tam nie bywałem, hehe

• Upper Clapton – według niektórych największa patologia, według mnie taka sama jak poniżej

• Lower Clapton/Hackney Central/Homerton/Hackney Marshes – w sumie jedno i to samo, tu mieszkaliśmy my, patologia mocna

• Shoreditch – część dla bananowców z kawiarniami z kawą po 8 funtów i tym podobnymi. W dodatku graniczyła z City, czyli dzielnicą bankową, więc namnożyło się tam młodych i dynamicznych start-upów IT, co w ciągu kilku lat zajebiście wywindowało ceny nieruchomości i czynszu, co po angielsku się nazywa GENTRIFICATION. Przez Shoreditch prowadziła moja trasa z domu do bazy rikszowej.

Ci, co mieszkali na Shoreditch, to nigdy nie mówili, że mieszkają na Hackney, tylko że konkretnie na Shoreditch. To tak, jakby typ z Krakowa zapytał typa z Warszawy, skąd jest, a ten odpowiedział, nie że z Warszawy, tylko z Żoliborza, żeby było ekskluzywniej. Ci z Shoreditch nie chcieli się przyznawać, skąd są, bo w świadomości publicznej Hackney kojarzyło się tylko z ciężką patologią.

Współlokatorzy (2)

Jak potem w 2011 były zamieszki w Londynie, to zaczęło się na Tottenham, następnego dnia już były inby na Brixton, a kolejnego już na Hackney – niby ex aequo z kilkoma innymi rewirami, ale nadal na podium. Gdybym wtedy znał te dane, to pewnie tego pierwszego dnia, jak koło pierwszej w nocy skończyło się kupione przez Stomila 18 żubrów, nie zgłosiłbym się na ochotnika, że pójdę po więcej. Bo i John Lin wypił z 4, Steven 2, a nawet Mike z Tajwanu i ten Kuba z Polski dziabnęli po jednym. Stomil mi wytłumaczył, w którą stronę jest sklep, i polazłem.

Przeszedłem może z 200 metrów, zgodnie z instrukcją najpierw w trzecią ulicę w prawo, potem w drugą w lewo, wychodzę zza winkla i ledwo wyhamowałem, żeby nie wlecieć w ekipę 10 typa, którzy tuż za tym winklem przebywali, uskuteczniając STANIE KOŁO SAMOCHODÓW, czyli – jak wynika z moich późniejszych obserwacji – jeden z najpopularniejszych sposobów spędzania wolnego czasu na Hackney.

Wydygałem się, bo w naszym kraju jak o pierwszej w nocy na nieznanej dzielnicy wpadniesz na 10 typów, to zazwyczaj jest marnie. W dodatku ci, których akurat wtedy spotkałem, byli wszyscy czarni, a ja pochodzę z kraju homogenicznego rasowo, etnicznie i religijnie (od jakiegoś czasu), więc nie wiedziałem, czego się spodziewać. Jak by u nas w Polsce wszystkie czarne typki zebrały się w nocy na jednym skrzyżowaniu, to pewnie jeszcze z czterech by brakowało, żeby ich było razem dziesięciu. Dlatego też moje wyobrażenia na temat tego, co za chwilę się wydarzy, ukształtowane były po pierwsze doświadczeniami spotykania takich ekip, tylko w Polsce, a po drugie grą w GTA San Andreas, która była moim jedynym oknem na czarną kulturę. Oczywiście w UK już spotkałem trochę ludzi innych ras i wyznań, ale prawie samych turystów z rikszy, bo na naszej poprzedniej, bananowej dzielnicy wszyscy nasi sąsiedzi albo mieszkali w jakichś rajach podatkowych, albo siedzieli w więzieniach, albo patrzyli z okien i się wkurwiali, że żyjemy, a ze współlokatorami jakoś nigdy nie mieliśmy czasu się lepiej zintegrować przez pracę i te ciągłe zebrania, z których człowiek wychodził głupszy, niż wchodził.

No ale dobra, staję przed tymi 10 typami, blady strach mnie obleciał (co jeszcze podkreślało różnice rasowe) i myślę, czy zrobić w tył zwrot i spierdalać. Niestety dosłownie wszyscy z nich byli w posiadaniu jakichś środków transportu – poczynając od tego samochodu, koło którego stali, a kończąc na hulajnodze – więc by mnie dogonili. Na tym właśnie polegało całe zjawisko STANIA KOŁO SAMOCHODÓW, że kilku typków podjeżdżało gdzieś samochodem, zazwyczaj golfem albo civikiem, po tak zwanym tuningu wizualnym, a ich mniej zamożne ziomki przyjeżdżały czym kto miał: skuterami, rowerami, hulajnogami, a jak ktoś już nawet hulajnogi nie miał, to brał z koleżką wózek spod Tesco za funta i jeden drugiego w nim pchał. Potem te wózki leżały pozostawione po ulicach, bo typów było przecież stać na nowy. Jak już się tak wszyscy zebrali, to z fury puszczało się muzykę, ci od skuterków próbowali palić gumę, ci od rowerów jeździć na tylnym kole, a ci od wózków na zakupy sobie w nich siedzieli i tak oto życie płynęło na rejonie.

W każdym razie wtedy w nocy doszedłem do wniosku, że spierdolić nie dam rady, a oni wszyscy stoją i się na mnie lampią. Jak już niegdyś wspominałem, jestem nieśmiały społecznie, więc już nawet bardziej od strachu zacząłem odczuwać zażenowanie z powodu wywołania przeze mnie tak niezręcznej ciszy. I w końcu mówię I AM SORRY, I AM FROM POLAND, bo nic lepszego nie wymyśliłem, a oni wydali z siebie tylko pomruk zrozumienia i rozstąpili się na dwie strony chodnika, tworząc dla mnie przejście jak przez biblijne Morze Czarne.

Jak wracałem z 12 promocyjnymi żubrami, to nawet przez chwilę myślałem, żeby może iść inną drogą, ale w końcu doszedłem do wniosku, że tam mógłbym z kolei wpaść na inną ekipę i musiałbym wszystko tłumaczyć od początku.

To zdarzenie było znamienne dla całej sytuacji na Hackney. Owszem, co drugi dzień w gazetach na pierwszej stronie pisali, że jakiś typek dostał u nas na dzielni nożem, ale z moich obserwacji wynikało, że rzadko dostawał za darmo. Nie znam oczywiście każdego, kto dostał, ale z tego, co widziałem, ciężko było tu jednak dostać wpierdol za nic. Natomiast jako mieszkańca Europy Środkowo-Wschodniej najbardziej zaskakiwał mnie brak tradycji przypierdalania się do ludzi ZA PATRZENIE SIĘ. Pójdziesz w Polsce do sklepu nocnego, pod nim stoi trzech chamów najebanych i zaraz wyłapiesz w cymbał za sam fakt, że koło nich przechodziłeś. Na Hackney te kosy to sprzedawali za aktywną przynależność do zwaśnionej ekipy albo jakieś porachunki narkotykowe, bo, jak wspominałem, narkotyków było od chuja. Nie spotkałem się natomiast nigdy z akcją, żeby coś się stało jakiejś zupełnie przypadkowej osobie, co sobie szła ulicą. Nigdy też nie spotkałem się z opcją, żeby ktoś się do mnie przypierdolił, że jestem biały, jak mijałem 10 czy później to i 15 czarnych typów, więc to też z ich strony miło. Zresztą to samo muszę powiedzieć o ekipach białych typów, w tym tych z Polski. Anyway, I have to say the same about teams of white types, including those from Poland. Nierzadko zdarzało się, że pod sklepem czy gdzieś przy ławeczce stało kilku rodaków, których rodactwo dało się rozpoznać po przywiezionej z Polski odzieży tak zwanych marek sportowo-ulicznych, które występują tylko w Polsce – bo, co ciekawe, odzieży patriotycznej jeszcze w tamtych czasach zbytnio nie było, chyba że taka prawdziwa: w muzeach. No i stało na przykład trzech takich chamów, po których ryjach było widać, że jak by to był sklep w Polsce na osiedlu, to na 100% by się do mnie przypierdolili, a jak byliśmy w UK, to się z jakiegoś powodu nie przypierdalali. Najprostsze wytłumaczenie tego faktu to to, że w UK tradycyjnie mieszkają gentlemani i nawet jak największy SIWY z osiedla KALIFORNIA – bo tak zazwyczaj nieformalnie nazywają się najbardziej patologiczne osiedla i najwięksi patolodzy na nich mieszkający – przekroczy granicę Wielkiej Brytanii, to na niego to gentlemeństwo jakoś dziejowo spływa. Natomiast moja prywatna teoria jest taka, że to przez brak zakazu picia browarów na ulicy i mniejsze ściganie za palenie skuna. Jak u nas taki patolog stoi pod sklepem i wali piwa pół dnia, a w dodatku ma jeszcze gram jarania w kieszeni, to cały czas jest zestresowany, że policja podjedzie i będzie miał za piwerko czy za palonko kłopoty. Musi ciągle obcinać, rozkminiać i tym podobne, co pewnie jest obciążające, i w końcu po całym dniu stania jego psychika już nie wyrabia i musi komuś zapierdolić. W UK tymczasem w parkach można pić zupełnie na legalu, na ulicy, jeżeli nie robisz bydła, to w najgorszym wypadku ci każą wyrzucić do śmieci, a za samo jaranie blantów jest mandat, a nie kryminał.

Wracając jednak do kwestii rasowych, to obecnie w całej Europie trwa gorąca dyskusja na temat tego, czy tak zwana polityka multikulturowości, w skrócie MULTIKULTI, odniosła sukces, czy też poniosła porażkę. W tym kontekście i na podstawie moich doświadczeń na tej dzielnicy uważam, że sukces. Aczkolwiek muszę zaznaczyć, że moje oczekiwania wobec tej polityki ograniczały się do tego, żeby nie dostać kosy na ulicy, więc jak ktoś ma jakieś wyższe aspiracje, to musi rozsądzić we własnym sercu.

Skoro przy tej kwestii jesteśmy, to warto powiedzieć trochę o strukturze etniczno-rasowej Hackney, więc cytując dane ze spisu ludności:

Biali Brytyjczycy – 36%

Inni biali, czyli Polacy, Rumuni, Irlandczycy etc. – 18%

Azjaci, co w UK znaczy od Bliskiego Wschodu po Chiny – 10%

Czarni – 23%, z czego 11% o korzeniach afrykańskich, 8% karaibskich, a pozostali innych. Blacks - 23%, of which 11% are of African descent, 8% are Caribbean, and the rest are of other origin.

No a reszta to już nie takie ważne. Ważne natomiast, żeby pamiętać, że żadna dzielnica nie jest idealnie wymieszana pod względem społeczno-ekonomicznym. Tak też Hackney składało się z następujących części:

• Stamford Hill i Stoke Newington – część dla klasy średniej, dlatego raczej tam nie bywałem, hehe

• Upper Clapton – według niektórych największa patologia, według mnie taka sama jak poniżej

• Lower Clapton/Hackney Central/Homerton/Hackney Marshes – w sumie jedno i to samo, tu mieszkaliśmy my, patologia mocna

• Shoreditch – część dla bananowców z kawiarniami z kawą po 8 funtów i tym podobnymi. W dodatku graniczyła z City, czyli dzielnicą bankową, więc namnożyło się tam młodych i dynamicznych start-upów IT, co w ciągu kilku lat zajebiście wywindowało ceny nieruchomości i czynszu, co po angielsku się nazywa GENTRIFICATION. Przez Shoreditch prowadziła moja trasa z domu do bazy rikszowej. Shoreditch was my route from home to the rickshaw base.

Ci, co mieszkali na Shoreditch, to nigdy nie mówili, że mieszkają na Hackney, tylko że konkretnie na Shoreditch. To tak, jakby typ z Krakowa zapytał typa z Warszawy, skąd jest, a ten odpowiedział, nie że z Warszawy, tylko z Żoliborza, żeby było ekskluzywniej. Ci z Shoreditch nie chcieli się przyznawać, skąd są, bo w świadomości publicznej Hackney kojarzyło się tylko z ciężką patologią.