×

Używamy ciasteczek, aby ulepszyć LingQ. Odwiedzając stronę wyrażasz zgodę na nasze polityka Cookie.


image

Emigracja - Malcolm XD, Riksza (2)

Riksza (2)

Do kwestii stosunków etniczno-rasowych na Wyspach Brytyjskich wrócę jeszcze później, by na razie wrócić na asfalt londyńskich ulic, po których właśnie odbywałem swoją pierwszą jazdę rikszą. Jeździ się nią jak na rowerze, tylko łatwiej, bo ma trzy kółka, więc nie da się wywrócić. Trzeba tylko ciągle pamiętać, że za swoimi plecami ma się szerszą część pojazdu, czyli kanapę. Dlatego nawet jeżeli da się gdzieś pomiędzy samochodem a latarnią przecisnąć przednią częścią, czyli rowerem, to tyłem nadal można zahaczyć, co kilkukrotnie mi się zdarzyło. W ramach szkolenia najpierw pojechaliśmy ulicą The Cut prawie pod same Waterloo Station, potem na północ przez takie rondo, na którego środku jest IMAX, czyli kino 3D, a potem mostem Waterloo przez Tamizę. A jak jechaliśmy przez most we trzech ze Stomilem i Ramzesem, to czułem się trochę, jakbyśmy byli gangiem harleyowców z USA, tylko złożonym z mniejszej ilości harleyów, a większej ilości Polaków. Za rzeką przejechaliśmy jeszcze dosłownie kawałek, aż znaleźliśmy się na Covent Garden, czyli takim skwerze, gdzie jest dużo restauracji, który Ramzes polecił nam na bazę wypadową. Tam się zatrzymaliśmy, a szef dał nam mapy centrum Londynu – takie jak rozdają za darmo w punktach informacji turystycznej – i kazał się z nimi zapoznać. W międzyczasie zaczął tłumaczyć, że owszem, na wożeniu ludzi pod Big Bena da się zarobić, natomiast najlepszy pieniądz to wożenie ludzi do różnego rodzaju lokali. Na przykład klient wsiada na rikszę i mówi, żeby go zawieźć gdzieś na piwo, to jedzie się z nim wtedy do jednego z zaprzyjaźnionych pubów, kasuje 15 funtów za przejazd, a jeszcze potem się leci do menadżera i bierze 10 funtów za dostarczenie klienta, więc nagle już się robi 25 funtów za 10 minut roboty. Jeszcze lepszy biznes to strip cluby, bo tam ochroniarze odpalają za każdego klienta nawet 20 funtów, czyli na przykład jak się przywiezie trzech typów żądnych wrażeń, to już jest 6 dych z samej prowizji. A najlepsze to w ogóle są agencje towarzyskie, bo czasami można trafić na taki deal, że dostaje się ¼ tego, co klienci tam zostawią. Rekordzista z naszej firmy w ten sposób zarobił 2000 funtów w jedną noc, bo najpierw zawiózł trzech typów do jednej agentury na dwie godziny, a potem jeszcze jakiegoś najebanego bogatego gościa do jednej z najdroższych agencji, gdzie tamten zapłacił za 10 godzin z góry i centralnie poszedł spać.

Tłumacząc to wszystko, Ramzes zakreślał nam na mapkach turystycznych lokale, do których pasażerów warto wozić, z pominięciem oczywiście strip clubów i burdeli, bo te na mapie nie były zaznaczone i dopiero musiał je dorysowywać. Wtedy podeszła do mnie para Anglików, facet z kobietą, na oko tak z 40 lat, i pytają, czy jestem wolny, bo oni właśnie wyszli z kolacji w restauracji tu obok i chcą jechać na musical „Król Lew”, który jest grany w Lyceum Theatre i był wtedy wielkim przebojem. Ja się pytająco patrzę na Ramzesa, a on do mnie szepcze porozumiewawczo, że dobra okazja, bo to jest 300 metrów stąd, a jak typ jedzie z panną, to zawsze chce się pokazać i daje 20 funtów i mówi, że reszty nie trzeba. To mówię tym Anglikom, że jasne, proszę wsiadać. Sam wskoczyłem na rower i ruszam naprzód ile fabryka dała, żeby klientom zaimponować. Przejechałem w kilka chwil kilkadziesiąt metrów i słyszę, że Ramzes coś tam jeszcze krzyczy z tyłu, ale założyłem, że to jakieś słowa wsparcia typu DAJESZ MŁODY, DAJESZ!

Gdybym wtedy miał możliwość taką jak wy macie teraz, czyli aby się zatrzymać, przeprosić na chwilę pasażerów, wejść na Google Mapsy, sprawdzić, gdzie jestem ja, a gdzie jest Lyceum Theatre z Królem Lwem, Mufasą, Skazą, Timonem i Pumbą, to bym wiedział, że Ramzes krzyczał do mnie NIE W TĘ STRONĘ MŁODY, NIE W TĘ STRONĘ. Znajdowałem się jednak wtedy w niezręcznej sytuacji społecznej, jak i nie miałem takiego zaplecza technologicznego jak obecnie, bo Google Maps to wtedy dopiero wyszły w wersji beta i to na smartfony, których posiadaczami było wtedy tylko słynne najbogatsze 1% populacji świata. Dlatego też z zapałem wyjechałem na Bedford Street, a następnie na Strand, czyli dużą ulicę, na której mój entuzjazm został trochę przytłoczony natężeniem ruchu ulicznego. Wtedy zdałem sobie sprawę, że przejechałem już kilkaset metrów w losowo wybranym kierunku, a nie mam pojęcia, gdzie właściwie znajduje się ten teatr. Poczułem, jak z przerażenia krew odpływa mi z twarzy, czego na szczęście nie widzieli moi pasażerowie, bo byli za moimi plecami. W panice wymyśliłem, że może jakoś ich podpytam, gdzie trzeba jechać, ale na tyle dyskretnie, żeby nie zczaili, że nie wiem, gdzie jadę. Zagaduję więc przez ramię, że ten „Król Lew” to fantastyczna sprawa i czy już może w tym teatrze byli i widzieli. Niestety oni mówią, że nie widzieli, bo w ogóle nie są nawet z Londynu, tylko z Newcastle i do stolicy sobie przyjechali dlatego, że ten facet zaprosił kobietę na romantyczny weekend na rocznicę ślubu. Pomyślałem, że w tej sytuacji przynajmniej o tyle dobrze, że jak są nietutejsi, to nie mają pojęcia, że jedziemy źle. Postanowiłem więc nadrabiać gadką, co według porad Ramzesa miało być jednym z kluczy do sukcesu, i zagadywać ich, ile się tylko da, jednocześnie rozglądając się w poszukiwaniu teatru. Jadąc powoli ulicą Strand, kontynuuję więc temat „Króla Lwa”, który szczęśliwie w dzieciństwie był jedną z moich ulubionych bajek, więc fabularnie miałem go ogarniętego dobrze. Gorzej było z aspektem językowym, bo nie potrafiłem swoich rozważań nad motywacjami Skazy przełożyć zbyt dobrze na angielski, bo do tego jeszcze byłem zestresowany całą tą sytuacją, więc mówiłem głównie MOVIE VERY BEAUTIFUL, BUT POOR SIMBA, POOR SIMBA. Muszę w tym momencie dodać, że oprócz posiadania przeze mnie niskich tak zwanych umiejętności społecznych należę do osób niezbyt dobrze radzących sobie z wykonywaniem kilku czynności jednocześnie. Jak na przykład idę ulicą i zadzwoni mi telefon, to żeby pogadać, to muszę się zatrzymać i na czas rozmowy zaprzestać chodzenia, bo inaczej prawie zawsze się zaraz o coś wypierdolę. Mając już tę świadomość, wyobraźcie teraz sobie inbę odbywającą się w mojej głowie, gdy musiałem kręcić pedałami, kierować rikszą, uważać na wieczorny, natężony ruch samochodowy na dużej ulicy londyńskiej, gadać o „Królu Lwie” w obcym języku i jeszcze kurwa szukać wzrokiem tego teatru. W tym kontekście powinniście zrozumieć, że gdy dojechaliśmy do Trafalgar Square, gdzie jest zajebiście wielkie rondo z czterema pasami w każdą stronę, to nie wystarczyło mi już mocy obliczeniowej, żeby ogarnąć, że skoro w UK obowiązuje ruch lewostronny, to ronda objeżdża się w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara, a nie przeciwnym, jak w Polsce i reszcie cywilizowanego świata. Wypierdoliłem więc przez całe kurwa Trafalgar Square pod prąd, w akompaniamencie klaksonów dziesiątek samochodów, które akurat na rondzie się znajdowały i najpotworniejszych obelg rzucanych we mnie przez kierowców autobusów i taksówek. Aby zagłuszyć ten kociokwik zdradzający mój brak profesjonalizmu, zacząłem jeszcze głośniej krzyczeć o tym „Królu Lwie” –wcześniej i tak musiałem krzyczeć, żeby było mnie z tyłu słychać, tylko ciszej. Życie na gwarnym zazwyczaj Trafalgar Square na chwilę zamarło. To było jak rocznica Powstania Warszawskiego, jak co roku o 17:00 wszyscy w stolicy się zatrzymują na ulicy, a samochody trąbią. Z tą różnicą, że oczy wszystkich kierowców, jak i tysięcy turystów stojących przed mieszczącą się obok Galerią Narodową, zwrócone były na jadącego rikszą pod prąd Polaka, krzyczącego POOR SIMBA! POOR SIMBA! – czego na obchodach Powstania Warszawskiego raczej się nie uświadczy. Po uniknięciu kilkudziesięciu zderzeń czołowych udało mi się zjechać dopiero w ulicę Whitehall. Tam zrodziło się w mnie poczucie, że moi klienci mogą już coś podejrzewać, bo byli bladzi i zaczęli pytać, czy wszystko w porządku i czy jeszcze daleko, bo oni chcieliby już wysiąść. Odpowiedziałem tylko, że tylko kawałek, po czym przestałem już nawet mówić o Simbie, bo czułem zbyt duże zażenowanie, więc skupiłem się na tym, żeby jak najszybciej pedałować. Po chwili dojechaliśmy pod parlament, co na chwilę przyciągnęło uwagę pasażerów i ta kobieta zaczęła krzyczeć, że O, BIG BEN!, i robić zdjęcia, więc odruchowo skręciłem w stronę Big Bena, żeby na nim się skupili i jeszcze chwilę dłużej żyli w słodkiej niewiedzy co do kierunku naszej podróży. Miałem nadzieję, że jeszcze przed Tamizą uda mi się jakoś skręcić tak, aby zacząć wracać mniej więcej w tym samym kierunku, z którego przyjechaliśmy, tylko inną ulicą. Niestety następny skręt był zastawiony przez autobus, a ja ani na chwilę nie mogłem się zatrzymać, bo mogłoby to zdradzić, że nie wiem, co robię, więc byłem zmuszony cisnąć ze 100% pewnością siebie prosto na most Westminster. Jak byliśmy na moście, to ta kobieta zapytała, czy na pewno dobrze jedziemy, bo im w restauracji mówili, że to Lyceum Theatre z „Królem Lwem” to jest tuż obok, więc to trochę dziwne, że jedziemy już od 15 minut, a teraz w dodatku na drugą stronę rzeki. Na szczęście tym razem spostrzegawczy okazał się jej mąż, który zaczął krzyczeć O, LONDON EYE!, czyli ten diabelski młyn, który było widać po drugiej stronie Tamizy. Ja wtedy wymyśliłem, że o tę atrakcję też zahaczymy, żeby mogli sobie porobić zdjęcia, a ja zyskać kilka dodatkowych minut. Niestety pierwszy zjazd za mostem był dopiero w ulicę York Road, która jest już kawałek za London Eye, więc jako że pasażerowie nie mieli chwilowo na czym zawiesić oka, to znowu zaczęli zadawać niewygodne pytania, coś szeptać między sobą i atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Nagle kurwa jakimś cudem wyjeżdżamy na to rondo, przy którym był IMAX i przez które przejeżdżałem godzinę wcześniej z Ramzesem i Stomilem. Myślę, raz kozie śmierć: zatrzymuję się pod ty IMAX-em, zakładam najchłodniejszą twarz, jaką mam, odwracam się do nich i mówię TO TUTAJ XD. Oni byli całą tą przejażdżką zauważalnie podkurwieni, ale typ mówi dobra, ile się należy? To mówię, że 15 funtów, a on mi daje 20, ja mówię, że nie mam wydać, a on mówi, że no dobra, to już nie trzeba. Jak tylko weszli do środka, to ja spierdoliłem do bazy rikszowej najszybciej, jak się tylko dało, żeby nie zdążyli mnie dogonić, jak się ogarną co i jak. Z drugiej strony w IMAX-ie wtedy grali Epokę Lodowcową w 3D, więc jak dla mnie to też całkiem spoko, o ile nawet nie lepsze od „Króla Lwa”.

Jak dochodziłem do siebie w bazie, to jakieś pół godziny później pojawił się Stomil, który powrócił na tarczy, a raczej bez niej, w sensie na piechotę, bo chwilowo utracił swoją rikszę. Według jego relacji 5 minut po tym, jak ja odjechałem z moimi pasażerami, do niego wsiadła trójka chińskich turystów, zamówiła kurs na Piccadilly Circus i zapłaciła 20 funtów z góry. Po chwili jazdy Stomil również ogarnął, że nie da rady zgadnąć, gdzie znajduje się cel jego podróży, więc powiedział Chińczykom, że jest sytuacja awaryjna i musi iść się wysrać, po czym zostawił ich samych w rikszy na chodniku i poleciał do McDonald'sa po drugiej stronie ulicy, gdzie niby defekował, a tak naprawdę patrzył przez okno, czy już się znudzili i sobie poszli. Oni jednak też kiedyś musieli być w sytuacji awaryjnej, bo pokornie czekali przez ponad pół godziny, aż w końcu wygrali wojnę na przeczekanie i poszedł sobie Stomil – do bazy rikszowej po wsparcie. Tym razem sprawdziliśmy trasę na mapie, ja usiadłem za kierownicą, a on na kanapie pasażera i pojechaliśmy odzyskać jego pojazd – tym razem przez Blackfriars Bridge, żeby nie przejeżdżać znowu koło tego IMAX-a, jak by akurat przypadkiem to małżeństwo z Newcastle wyszło z randki. Rikszę Stomila odnaleźliśmy tam, gdzie ją zostawił, szczęśliwie bez Chińczyków i w stanie nienaruszonym.

Riksza (2)

Do kwestii stosunków etniczno-rasowych na Wyspach Brytyjskich wrócę jeszcze później, by na razie wrócić na asfalt londyńskich ulic, po których właśnie odbywałem swoją pierwszą jazdę rikszą. Jeździ się nią jak na rowerze, tylko łatwiej, bo ma trzy kółka, więc nie da się wywrócić. It rides like a bicycle, only easier because it has three wheels, so you can't fall over. Trzeba tylko ciągle pamiętać, że za swoimi plecami ma się szerszą część pojazdu, czyli kanapę. You just have to keep in mind that the wider part of the vehicle, i.e. the sofa, is behind your back. Dlatego nawet jeżeli da się gdzieś pomiędzy samochodem a latarnią przecisnąć przednią częścią, czyli rowerem, to tyłem nadal można zahaczyć, co kilkukrotnie mi się zdarzyło. W ramach szkolenia najpierw pojechaliśmy ulicą The Cut prawie pod same Waterloo Station, potem na północ przez takie rondo, na którego środku jest IMAX, czyli kino 3D, a potem mostem Waterloo przez Tamizę. A jak jechaliśmy przez most we trzech ze Stomilem i Ramzesem, to czułem się trochę, jakbyśmy byli gangiem harleyowców z USA, tylko złożonym z mniejszej ilości harleyów, a większej ilości Polaków. Za rzeką przejechaliśmy jeszcze dosłownie kawałek, aż znaleźliśmy się na Covent Garden, czyli takim skwerze, gdzie jest dużo restauracji, który Ramzes polecił nam na bazę wypadową. Tam się zatrzymaliśmy, a szef dał nam mapy centrum Londynu – takie jak rozdają za darmo w punktach informacji turystycznej – i kazał się z nimi zapoznać. W międzyczasie zaczął tłumaczyć, że owszem, na wożeniu ludzi pod Big Bena da się zarobić, natomiast najlepszy pieniądz to wożenie ludzi do różnego rodzaju lokali. Na przykład klient wsiada na rikszę i mówi, żeby go zawieźć gdzieś na piwo, to jedzie się z nim wtedy do jednego z zaprzyjaźnionych pubów, kasuje 15 funtów za przejazd, a jeszcze potem się leci do menadżera i bierze 10 funtów za dostarczenie klienta, więc nagle już się robi 25 funtów za 10 minut roboty. Jeszcze lepszy biznes to strip cluby, bo tam ochroniarze odpalają za każdego klienta nawet 20 funtów, czyli na przykład jak się przywiezie trzech typów żądnych wrażeń, to już jest 6 dych z samej prowizji. A najlepsze to w ogóle są agencje towarzyskie, bo czasami można trafić na taki deal, że dostaje się ¼ tego, co klienci tam zostawią. Rekordzista z naszej firmy w ten sposób zarobił 2000 funtów w jedną noc, bo najpierw zawiózł trzech typów do jednej agentury na dwie godziny, a potem jeszcze jakiegoś najebanego bogatego gościa do jednej z najdroższych agencji, gdzie tamten zapłacił za 10 godzin z góry i centralnie poszedł spać.

Tłumacząc to wszystko, Ramzes zakreślał nam na mapkach turystycznych lokale, do których pasażerów warto wozić, z pominięciem oczywiście strip clubów i burdeli, bo te na mapie nie były zaznaczone i dopiero musiał je dorysowywać. Wtedy podeszła do mnie para Anglików, facet z kobietą, na oko tak z 40 lat, i pytają, czy jestem wolny, bo oni właśnie wyszli z kolacji w restauracji tu obok i chcą jechać na musical „Król Lew”, który jest grany w Lyceum Theatre i był wtedy wielkim przebojem. Ja się pytająco patrzę na Ramzesa, a on do mnie szepcze porozumiewawczo, że dobra okazja, bo to jest 300 metrów stąd, a jak typ jedzie z panną, to zawsze chce się pokazać i daje 20 funtów i mówi, że reszty nie trzeba. To mówię tym Anglikom, że jasne, proszę wsiadać. So I tell these English people, sure, please get in. Sam wskoczyłem na rower i ruszam naprzód ile fabryka dała, żeby klientom zaimponować. I jumped on the bike myself and I'm moving forward as much as the factory gave to impress customers. Przejechałem w kilka chwil kilkadziesiąt metrów i słyszę, że Ramzes coś tam jeszcze krzyczy z tyłu, ale założyłem, że to jakieś słowa wsparcia typu DAJESZ MŁODY, DAJESZ!

Gdybym wtedy miał możliwość taką jak wy macie teraz, czyli aby się zatrzymać, przeprosić na chwilę pasażerów, wejść na Google Mapsy, sprawdzić, gdzie jestem ja, a gdzie jest Lyceum Theatre z Królem Lwem, Mufasą, Skazą, Timonem i Pumbą, to bym wiedział, że Ramzes krzyczał do mnie NIE W TĘ STRONĘ MŁODY, NIE W TĘ STRONĘ. Znajdowałem się jednak wtedy w niezręcznej sytuacji społecznej, jak i nie miałem takiego zaplecza technologicznego jak obecnie, bo Google Maps to wtedy dopiero wyszły w wersji beta i to na smartfony, których posiadaczami było wtedy tylko słynne najbogatsze 1% populacji świata. Dlatego też z zapałem wyjechałem na Bedford Street, a następnie na Strand, czyli dużą ulicę, na której mój entuzjazm został trochę przytłoczony natężeniem ruchu ulicznego. Wtedy zdałem sobie sprawę, że przejechałem już kilkaset metrów w losowo wybranym kierunku, a nie mam pojęcia, gdzie właściwie znajduje się ten teatr. Poczułem, jak z przerażenia krew odpływa mi z twarzy, czego na szczęście nie widzieli moi pasażerowie, bo byli za moimi plecami. W panice wymyśliłem, że może jakoś ich podpytam, gdzie trzeba jechać, ale na tyle dyskretnie, żeby nie zczaili, że nie wiem, gdzie jadę. Zagaduję więc przez ramię, że ten „Król Lew” to fantastyczna sprawa i czy już może w tym teatrze byli i widzieli. Niestety oni mówią, że nie widzieli, bo w ogóle nie są nawet z Londynu, tylko z Newcastle i do stolicy sobie przyjechali dlatego, że ten facet zaprosił kobietę na romantyczny weekend na rocznicę ślubu. Pomyślałem, że w tej sytuacji przynajmniej o tyle dobrze, że jak są nietutejsi, to nie mają pojęcia, że jedziemy źle. Postanowiłem więc nadrabiać gadką, co według porad Ramzesa miało być jednym z kluczy do sukcesu, i zagadywać ich, ile się tylko da, jednocześnie rozglądając się w poszukiwaniu teatru. Jadąc powoli ulicą Strand, kontynuuję więc temat „Króla Lwa”, który szczęśliwie w dzieciństwie był jedną z moich ulubionych bajek, więc fabularnie miałem go ogarniętego dobrze. Gorzej było z aspektem językowym, bo nie potrafiłem swoich rozważań nad motywacjami Skazy przełożyć zbyt dobrze na angielski, bo do tego jeszcze byłem zestresowany całą tą sytuacją, więc mówiłem głównie MOVIE VERY BEAUTIFUL, BUT POOR SIMBA, POOR SIMBA. Muszę w tym momencie dodać, że oprócz posiadania przeze mnie niskich tak zwanych umiejętności społecznych należę do osób niezbyt dobrze radzących sobie z wykonywaniem kilku czynności jednocześnie. Jak na przykład idę ulicą i zadzwoni mi telefon, to żeby pogadać, to muszę się zatrzymać i na czas rozmowy zaprzestać chodzenia, bo inaczej prawie zawsze się zaraz o coś wypierdolę. Mając już tę świadomość, wyobraźcie teraz sobie inbę odbywającą się w mojej głowie, gdy musiałem kręcić pedałami, kierować rikszą, uważać na wieczorny, natężony ruch samochodowy na dużej ulicy londyńskiej, gadać o „Królu Lwie” w obcym języku i jeszcze kurwa szukać wzrokiem tego teatru. W tym kontekście powinniście zrozumieć, że gdy dojechaliśmy do Trafalgar Square, gdzie jest zajebiście wielkie rondo z czterema pasami w każdą stronę, to nie wystarczyło mi już mocy obliczeniowej, żeby ogarnąć, że skoro w UK obowiązuje ruch lewostronny, to ronda objeżdża się w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara, a nie przeciwnym, jak w Polsce i reszcie cywilizowanego świata. Wypierdoliłem więc przez całe kurwa Trafalgar Square pod prąd, w akompaniamencie klaksonów dziesiątek samochodów, które akurat na rondzie się znajdowały i najpotworniejszych obelg rzucanych we mnie przez kierowców autobusów i taksówek. Aby zagłuszyć ten kociokwik zdradzający mój brak profesjonalizmu, zacząłem jeszcze głośniej krzyczeć o tym „Królu Lwie” –wcześniej i tak musiałem krzyczeć, żeby było mnie z tyłu słychać, tylko ciszej. Życie na gwarnym zazwyczaj Trafalgar Square na chwilę zamarło. To było jak rocznica Powstania Warszawskiego, jak co roku o 17:00 wszyscy w stolicy się zatrzymują na ulicy, a samochody trąbią. Z tą różnicą, że oczy wszystkich kierowców, jak i tysięcy turystów stojących przed mieszczącą się obok Galerią Narodową, zwrócone były na jadącego rikszą pod prąd Polaka, krzyczącego POOR SIMBA! POOR SIMBA! – czego na obchodach Powstania Warszawskiego raczej się nie uświadczy. Po uniknięciu kilkudziesięciu zderzeń czołowych udało mi się zjechać dopiero w ulicę Whitehall. Tam zrodziło się w mnie poczucie, że moi klienci mogą już coś podejrzewać, bo byli bladzi i zaczęli pytać, czy wszystko w porządku i czy jeszcze daleko, bo oni chcieliby już wysiąść. Odpowiedziałem tylko, że tylko kawałek, po czym przestałem już nawet mówić o Simbie, bo czułem zbyt duże zażenowanie, więc skupiłem się na tym, żeby jak najszybciej pedałować. Po chwili dojechaliśmy pod parlament, co na chwilę przyciągnęło uwagę pasażerów i ta kobieta zaczęła krzyczeć, że O, BIG BEN!, i robić zdjęcia, więc odruchowo skręciłem w stronę Big Bena, żeby na nim się skupili i jeszcze chwilę dłużej żyli w słodkiej niewiedzy co do kierunku naszej podróży. Miałem nadzieję, że jeszcze przed Tamizą uda mi się jakoś skręcić tak, aby zacząć wracać mniej więcej w tym samym kierunku, z którego przyjechaliśmy, tylko inną ulicą. Niestety następny skręt był zastawiony przez autobus, a ja ani na chwilę nie mogłem się zatrzymać, bo mogłoby to zdradzić, że nie wiem, co robię, więc byłem zmuszony cisnąć ze 100% pewnością siebie prosto na most Westminster. Jak byliśmy na moście, to ta kobieta zapytała, czy na pewno dobrze jedziemy, bo im w restauracji mówili, że to Lyceum Theatre z „Królem Lwem” to jest tuż obok, więc to trochę dziwne, że jedziemy już od 15 minut, a teraz w dodatku na drugą stronę rzeki. Na szczęście tym razem spostrzegawczy okazał się jej mąż, który zaczął krzyczeć O, LONDON EYE!, czyli ten diabelski młyn, który było widać po drugiej stronie Tamizy. Ja wtedy wymyśliłem, że o tę atrakcję też zahaczymy, żeby mogli sobie porobić zdjęcia, a ja zyskać kilka dodatkowych minut. Niestety pierwszy zjazd za mostem był dopiero w ulicę York Road, która jest już kawałek za London Eye, więc jako że pasażerowie nie mieli chwilowo na czym zawiesić oka, to znowu zaczęli zadawać niewygodne pytania, coś szeptać między sobą i atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Nagle kurwa jakimś cudem wyjeżdżamy na to rondo, przy którym był IMAX i przez które przejeżdżałem godzinę wcześniej z Ramzesem i Stomilem. Myślę, raz kozie śmierć: zatrzymuję się pod ty IMAX-em, zakładam najchłodniejszą twarz, jaką mam, odwracam się do nich i mówię TO TUTAJ XD. Oni byli całą tą przejażdżką zauważalnie podkurwieni, ale typ mówi dobra, ile się należy? They were noticeably pissed off the whole ride, but the guy says okay, how much is due? To mówię, że 15 funtów, a on mi daje 20, ja mówię, że nie mam wydać, a on mówi, że no dobra, to już nie trzeba. Jak tylko weszli do środka, to ja spierdoliłem do bazy rikszowej najszybciej, jak się tylko dało, żeby nie zdążyli mnie dogonić, jak się ogarną co i jak. Z drugiej strony w IMAX-ie wtedy grali Epokę Lodowcową w 3D, więc jak dla mnie to też całkiem spoko, o ile nawet nie lepsze od „Króla Lwa”.

Jak dochodziłem do siebie w bazie, to jakieś pół godziny później pojawił się Stomil, który powrócił na tarczy, a raczej bez niej, w sensie na piechotę, bo chwilowo utracił swoją rikszę. Według jego relacji 5 minut po tym, jak ja odjechałem z moimi pasażerami, do niego wsiadła trójka chińskich turystów, zamówiła kurs na Piccadilly Circus i zapłaciła 20 funtów z góry. Po chwili jazdy Stomil również ogarnął, że nie da rady zgadnąć, gdzie znajduje się cel jego podróży, więc powiedział Chińczykom, że jest sytuacja awaryjna i musi iść się wysrać, po czym zostawił ich samych w rikszy na chodniku i poleciał do McDonald'sa po drugiej stronie ulicy, gdzie niby defekował, a tak naprawdę patrzył przez okno, czy już się znudzili i sobie poszli. Oni jednak też kiedyś musieli być w sytuacji awaryjnej, bo pokornie czekali przez ponad pół godziny, aż w końcu wygrali wojnę na przeczekanie i poszedł sobie Stomil – do bazy rikszowej po wsparcie. Tym razem sprawdziliśmy trasę na mapie, ja usiadłem za kierownicą, a on na kanapie pasażera i pojechaliśmy odzyskać jego pojazd – tym razem przez Blackfriars Bridge, żeby nie przejeżdżać znowu koło tego IMAX-a, jak by akurat przypadkiem to małżeństwo z Newcastle wyszło z randki. Rikszę Stomila odnaleźliśmy tam, gdzie ją zostawił, szczęśliwie bez Chińczyków i w stanie nienaruszonym.