TELEFON (2)
– Bazylku…
– Ojej… to rozczulające, gdy tak mówisz. – Zaśmiawszy się, pocałował ją w same usta. Nie odwzajemniła pocałunku. – Stało się coś? – spytał, widząc zatroskaną minę.
– W domu ci powiem – odparła, bo akurat podjechała taksówka.
Wracali z McDonalda, gdzie Bazyli przyszedł, by odebrać ją z pracy. Było po północy. Bazyli już kilka razy powtarzał jej, że nie znosi, gdy sama po nocach idzie do domu. Przychodził więc pod lokal tuż przed zamknięciem i odprowadzał ją.
– To strasznie staroświeckie – skomentowała kiedyś.
– A może nowoczesne? – odpowiedział pytaniem.
– Dlaczego?
– Może liczę na to, że któregoś razu zaprosisz mnie na górę, bym został do rana?
Małgosia zarumieniła się, ale… jakiś czas później Bazyli został. Zosi nie było wtedy w domu. Pojechała do rodziny do Łęcznej i tam nocowała.
– Chciałbym zamieszkać z tobą – wyznał wtedy rano Bazyli. Małgosia tylko się uśmiechnęła. Wiedziała, że na razie nie było to możliwe. Żadne z nich nie tylko nie miało mieszkania ani żadnych widoków na mieszkanie. Jednak od tamtej pory Bazyli zostawał czasem u Małgosi. Zawsze wtedy, gdy kończyła pracę o północy. Mieli przyzwolenie Zosi, która na nieporadnie zadane przez Bazylego pytanie odpowiedziała krótko:
– Wszyscy jesteśmy dorośli.
Tego wieczora nie było jednak między nimi ani intymnie, ani namiętnie jak dotychczas. Wszystko dlatego, że Małgosia postanowiła powiedzieć mu o próbie skontaktowania się z ojcem, ale nie tylko o tym. Także o Maćku. Bo przez to, że ojciec miał cały czas wyłączony telefon, przełamała się i zadzwoniła na domowy. Stwierdziła, że jeśli matka nie jest w szpitalu, to odbierze, a jeśli odbierze, bo nie jest w szpitalu, to może da się z nią porozmawiać. Niestety, automat damskim głosem poinformował ją, że „wybrany numer nie istnieje”.
– Czyli teraz ty się zdenerwowałaś? – spytał Bazyli, gdy dokładnie zreferowała mu wszystkie próby dodzwonienia się do rodziców i pokazała esemesa, który w końcu wysłała jednak do ojca. „Tu Małgosia. Kocham cię, tato”.
– Tak… zaczęłam myśleć, że może oboje nie żyją – powiedziała roztrzęsionym głosem, gdy Bazyli przeczytał treść esemesa i spojrzał na nią ze zdumieniem.
– I co teraz?
– Wiesz co… ja opuszczając Warszawę, zmieniłam telefon.
– No, to wiem.
– Ale zmieniłam tak, że nie mam żadnych numerów do nikogo. Na dodatek… nie byłam w ojca kawalerce. Znam tylko nazwę ulicy, a to trochę mało. No i nigdy nie byłam w jego nowej pracy. Nie wiem, gdzie to jest.
– Do nikogo ze znajomych nie znasz telefonu na pamięć? – Bazyli był zdumiony.
– Znam… – to słowo Małgosia wypowiedziała bardzo cicho, wtulając się w jego ramię.
– I ten ktoś zna twoich rodziców?
– Zna…
– To dzwoń.
– Ale… to jest Maciek. – Małgosia wyszeptała to imię i skuliła się w sobie, przywierając jeszcze mocniej do ramienia Bazylego i niemal wbijając nos w jego szyję.
– Maciek… – Bazyli przeciągle powtórzył to imię. – Nigdy nie mówiłaś o Maćku…
Małgosia nie odrywając twarzy od szyi Bazylego, po omacku dotknęła jego krótkiej, równo przystrzyżonej bródki i pogłaskała go po niej.
– O Kubie też ci nie mówiłam.
– O Kubie… – Bazyli oderwał twarz Małgosi od siebie i spojrzawszy jej w oczy, pokręcił głową ze zdumienia.
– Bazylku… czy ty mi ufasz?
W głosie Małgosi była i prośba, i strach. Bazyli chyba po raz pierwszy poczuł, że naprawdę jest dla niej ważny. Nie czuł tego ani wtedy, gdy brał ją w ramiona, gdy rozbierał i dotykał jej nagiego ciała, ale teraz, gdy prosiła o pozwolenie, by wykonać jeden telefon. Telefon w sprawie rodziców.
– Ufam – odpowiedział i pocałował w środek dłoni.
– Bo nie chciałabym, byś pomyślał, że jak zadzwonię do Maćka…
– Nic nie pomyślę.
– Nigdy nie mówiłam ci tego, bo nie chciałam do tego wracać, ale…
– Małgorzata… nie masz takiego obowiązku. Ja też nie opowiadam ci o swoich byłych dziewczynach.
– Skąd wiesz, że to był…
– Małgorzata! Dzwoń! – Bazyli podał jej leżący na szafce telefon.
– Głupio mi o tej porze. Jest pierwsza w nocy.
– Czemu nie zadzwoniłaś wcześniej?
– Nie chciałam bez rozmowy z tobą.
– Bez mojego przyzwolenia? – Bazyli uśmiechnął się i pocałowawszy ją w nos, pokręcił głową, mówiąc z rozczuleniem: – Głuptasie…
– I teraz nie wiem, jak ja z nerwów zasnę. Ojca telefon wyłączony, a domowego już nie ma…
– Małgorzata! Dzwoń do tego Maćka! Jeśli choć przez chwilę byliście blisko, to odbierze. A jeśli się krępujesz…
– Nie krępuję… Tylko… Mam wyrzuty sumienia… Zrobiłam mu świństwo.
– To wyślij najpierw esemesa. Ja idę się myć.
* * *
Esemes o treści: „Tu Małgosia. Czy mogę zadzwonić?” wysłała do Maćka dokładnie o godzinie pierwszej trzydzieści trzy. Potem przez dobry kwadrans patrzyła na wyświetlacz, czy przyjdzie odpowiedź, ale… telefon milczał. I im dłużej milczał, tym bardziej rosło jej zdenerwowanie. Nie umiała myśleć racjonalnie, że może Maciek śpi, że może ma wyciszony telefon, że może zostawił go w innym pomieszczeniu. A może został w przedpokoju, na przykład w kieszeni jakiegoś płaszcza czy kurtki, może na dnie plecaka? Myśl miała tylko jedną. Tak go zraniła, że nie chce z nią rozmawiać. I rozpłakała się. Taką zapłakaną, ocierającą łzy i wydłubującą z oczu szkła kontaktowe, które od wielu tygodni zastępowały jej okulary, znalazł Bazyli, gdy wrócił z łazienki.
– Nie płacz… obudzisz Zosię – powiedział, siadając obok owinięty tylko w ręcznik. – Jeszcze pomyśli, że to przeze mnie albo że się kłócimy…
– Zosia wie, że my się nigdy nie kłócimy, że jesteśmy jak…
– Jak co? – spytał, ocierając jej łzy wierzchem dłoni.
– Jak… marchewka z groszkiem…
– Czemu nie jak ogórki ze śmietaną?
– Bo tak… – odparła.
Zaśmiał się i mocno ją przytulił. Trwali tak przez chwilę. Wreszcie Małgosia wstała.
– Idę się umyć – powiedziała i po chwili, westchnąwszy ciężko, dodała: – Zwłaszcza twarz.
Była już w połowie drogi do łazienki, gdy usłyszała dźwięk swojego telefonu. Gdy wróciła do pokoju, Bazyli trzymał go w dłoni i patrzył na wyświetlacz, na którym widniał tylko numer. Dowód na to, że ten, kto dzwonił, nie był zapisany w pamięci telefonu. Małgosia rzuciła okiem na wyświetlacz.
– To Maciek – wyjaśniła i dodała: – Ale on pozna, że płakałam.
– To co? – odparł i odebrał telefon. – Już daję Małgorzatę – powiedział do słuchawki i podał jej aparat, mówiąc: – Widzisz? Oddzwonił! Niepotrzebnie się denerwowałaś.
Małgosia uśmiechnęła się przez łzy. Popatrzyła na Bazylego z czułością. A gdy gestem dłoni zapytał, czy ma wyjść, błyskawicznie pokręciła głową. Chciała, by był świadkiem tej rozmowy. Pierwszej od półtora roku. Rozmowy, na którą nawet nie myślała, że czeka, ale jednak… chyba czekała.
Bazyli zrozumiał. W milczeniu patrzył na twarz Małgosi. Jego zdaniem najpiękniejszą twarz na świecie. Miał nadzieję, że sam też jest dla niej tym naj. Może nie najpiękniejszym, bo trudno mówić tak o zarośniętym facecie, ale może najfajniejszym? Albo najważniejszym?
– Maciek… ja chciałam… ja wiem, że to nie na telefon. Wiem też, że nie powinnam cię o nic prosić po tym, co zrobiłam, ale…
– Czy coś się stało? – spytał głos po drugiej stronie telefonu. Głos, który na pewno należał do Maćka, ale Maćka tak przerażonego, że Małgosia nie wiedziała, jak powiedzieć to, co zamierzała.
– Ze mną wszystko w porządku – odpowiedziała po chwili milczenia. – Przepraszam, że uciekłam w Macu. Widziałam, że szukałeś mnie na uczelni. Ale to teraz nieważne…
Mówiła cichym głosem. Bazyli, obserwując ją, miał wrażenie, że mówi do siebie. Ach… jakże chciałby wiedzieć, co mówi ten Maciek. I w tym momencie Małgosia, jakby przejrzawszy jego myśli, odłożyła telefon i włączyła głośnik.
– Nieważne… – powtórzył Maciek.
– No nieważne, Maciek… musiałam wszystko przemyśleć…
– I przemyślałaś?
– Tak… Przemyślałam.
– I co jest ważne?
Maciek chciał znać odpowiedź na to pytanie, ale Małgosia udała, że tego nie usłyszała.
– Maciek… przepraszam, że ciebie zraniłam. Mówię ci to publicznie, bo Bazyli jest tu przy mnie i słucha…
– Bazyli? Kim jest Bazyli?
– To najwspanialszy facet na świecie. Taki jak ty…
Bazyli usłyszawszy to pierwsze zdanie, ucieszył się, ale to drugie sprawiło, że go zamurowało.
– Jak ja… – Maciek wydawał się zaskoczony. – Marta, czy ty to słyszysz? – Powiedział je do kogoś, ale to zdanie sprawiło, że Małgosi spadł kamień z serca. A więc jest ktoś. Marta!
– Ucałuj Martę, kimkolwiek jest – poprosiła i dodała: – Maciek, ja nie miałam do kogo zadzwonić. Tylko twój numer znam na pamięć… A… chciałam cię spytać, czy nie wiesz, co się dzieje z moimi rodzicami?
– Z rodzicami? – Maciek był zdumiony. – Ja mam wiedzieć, co z twoimi rodzicami? Ty po to dzwonisz?
– Nie… to znaczy tak… – Dotarło do niej właśnie, że rozmowa, którą prowadzi z Maćkiem, nie jest rozmową na dwie pary uszu, tylko na cztery. Jak to wszystko wyjaśnić? Jak po tylu miesiącach milczenia poprosić, by po prostu jutro poszedł do jej domu i zdał relację z tego, co tam się dzieje? – Maciek… nie dzwoniłam, bo nie umiałam o tym rozmawiać. Nie umiałam przeprosić. A potem… się pogubiłam. Wiem, że ciebie zraniłam, i przepraszam. Ale dzwonię z prośbą i… w sumie dobrze, że ją mam, bo dzięki temu mam też prawdziwy, realny pretekst, by ciebie naprawdę szczerze przeprosić. Ten Kuba… po prostu było coś… jakaś chemia, ale bez tego czegoś drugiego. Tego, co jest też ważne…
– A co jest ważne? Małgo, co jest ważne? – powtórzył Maciek pytanie, a ponieważ skrócił jej imię tak jak kiedyś, nie była w stanie odpowiedzieć. Zamiast tego powtórzyła:
– Mam prośbę. Ogromną prośbę i tylko ciebie o to mogę prosić.
– Słucham. – W głosie Maćka zabrzmiało coś w rodzaju zrezygnowania.
– Ta prośba… ja ciebie błagam o to… żebyś poszedł jutro do mnie do domu, a potem mi powiedział, co tam się dzieje, bo ja dziś wreszcie zadzwoniłam i okazało się, że mój domowy numer nie istnieje. A telefon ojca jest…
– Małgo… – Maciek przerwał jej, i to takim tonem, jak kiedyś, gdy mówił miłe rzeczy. Teraz jednak nie miał do powiedzenia nic miłego, bo prawda nie była miła. – Nic się nie dzieje. Od wielu miesięcy mieszkanie stoi puste.
– Skąd wiesz?
– Przechodzę często Saską i widzę… Okna ma brudne jak w pustostanie… Coś ty narobiła, dziewczyno… Coś ty narobiła…!
– Pogubiłam się – szepnęła Małgosia w odpowiedzi, ale nie rozpłakała się, tylko milczała, patrząc tępym wzrokiem na wyświetlacz telefonu, dopóki Maciek, myśląc, że połączenie zostało przerwane, nie zaczął wołać „halo”. Wtedy jednak odezwał się Bazyli.
– Maćku, tu Bazyli – powiedział swoim niskim, melodyjnym głosem. – Dzięki, że oddzwoniłeś. Pozwolisz, że odezwiemy się jutro, dobrze? Ucałuj od nas… – Bazyli przez chwilę szukał w pamięci imienia, które Maciek wymienił, ale zanim je sobie przypomniał, odezwała się Małgosia:
– Martę.
– Martę – powtórzył Bazyli.
– Nie ma sprawy. Ucałuję – odparł Maciek i rozłączył się, zanim Małgosia zdążyła dorzucić jeszcze:
– I Gogusia…
Tej nocy, zarówno w saskokępskim pokoju Maćka, jak i w lubelskim Małgosi do świtu paliło się światło, bo z powodu jednej rozmowy telefonicznej nie spały aż cztery osoby.