×

우리는 LingQ를 개선하기 위해서 쿠키를 사용합니다. 사이트를 방문함으로써 당신은 동의합니다 쿠키 정책.

image

7 metrów pod ziemią, „Tak musi wyglądać PIEKŁO”. Opowieść o AUSCHWITZ – 7 metrów pod ziemią

„Tak musi wyglądać PIEKŁO”. Opowieść o AUSCHWITZ – 7 metrów pod ziemią

44165.

To był mój numer, moje nazwisko i moja tożsamość.

Posiłki były trzy razy dziennie

i to wyglądało w ten sposób, że

na śniadanie i kolację dostawaliśmy chleb.

Bardzo dramatyczny był dla mnie widok Cyganów, których wieźli do gazu.

Oni wiedzieli, że jadą do gazu, a ja nie wiedziałam, domyślałam się,

ale nie przypuszczałam, że będą w takiej ilości palić ludzi.

Dniem i nocą te transporty przychodziły

i Niemcy nie mogli tego w krematoriach umieścić,

więc palili na łące.

To było tak niepodobne do tego wszystkiego, że ja po prostu byłam przekonana,

że tak musi wyglądać piekło.

Pani Alino, jest Pani jednym z ostatnich żyjących świadków historii,

historii obozu Auschwitz,

w którym znalazła się Pani mając 20 lat. Jak to się stało?

Ja się zaangażowałam w pracę podziemną. To był 1942 rok.

Mój brat prowadził grupę dziewcząt

w Szarych Szeregach i ja pracowałam dla tych szarych szeregów.

Robiłam... To było w Pabianicach koło Łodzi,

nazywało się wtedy „Pabianitz”

i tej nazwy nie zmienili,

ale Łódź nazywała się „Litzmannstadt”

„Litzmannstadt” od generała Litzmana,

który w 1914 roku

walczył tam z Rosjanami.

I wtedy ja zaczęłam pracować w firmie niemieckiej,

bo jak Niemcy zajęli to miasto,

to wtedy wprowadzili przepisy, że cała młodzież musi pracować.

Młodzież to znaczy tam było od 13, 14 lat.

I ja dostałam pracę w tak zwanym Lohmann-Werke.

Najpierw miałam gdzie indziej i Lohmann-Werke z Bielefeldu.

I to była fabryka, która wyrabiała części do uzbrojenia.

I oni zajęli w Pabianicach tak zwaną Szkołę Rzemiosł.

Szkołę rzemiosł, która miała świetne narzędzia,

miała maszyny szwajcarskie po prostu do nauki.

I oni oczywiście wprowadzili swoje

i ja tam przez pewne znajomości zupełnie nie wiedząc dostałam się tam do pracy.

Po prostu przepisywałam na maszynie,

bo wtedy dobrze pisałam, znałam niemiecki.

Była pani maszynistką wtedy?

Tak, byłam maszynistką.

I w tym charakterze zostałam przyjęta do tej fabryki.

No i ja pisałam dobrze po niemiecku

i tam była grupa, ja się potem oczywiście zorientowałam, AK

i tych polskich inżynierów.

I oni przeglądali te papiery, co ja piszę,

ale nikt ode mnie tego nie brał.

Aż raz wzięli ode mnie papiery

i oddał mi na drugi dzień i to właśnie znalazło się w rękach AK.

Miałam o tyle szczęścia, nie wiem czemu zawdzięczam,

że Niemcy się zorientowali, że ja jestem tylko pionkiem,

bo to nie była moja praca.

Ja to robiłam z prośbą, ktoś mnie prosił.

Ale ten, u którego to znaleźli,

Kałużka, został powieszony w Oświęcimiu.

Ja byłam 13 miesięcy w więzieniu w Łodzi.

Zostałam aresztowana 13 maja.

I to, proszę sobie wyobrazić, jaki to dziwny splot okoliczności.

13 maja 1942 roku, kiedy zostałam aresztowana, moja mama kończyła 50 lat.

Jej urodziny?

I w jej urodziny ona została...

Mieliśmy na wieczór robić to przyjęcie,

bo ja miałam czworo rodzeństwa i dwoje rodziców.

Miało być wielkie święto, a zamiast tego było opłakiwanie:

„A co z tą Alinką?”.

Która tego dnia została aresztowana..

Tak.

Co jednak się stało, że z tego więzienia trafiła pani do Auschwitz?

Po roku, bo ja tam byłam 13 miesięcy, byłam na zeznaniu

i wtedy podpisałam taki dokument,

oczywiście po niemiecku,

że jestem wrogiem państwa i narodu niemieckiego i że muszę, być ukarana.

Sama sprawa wywozu do Oświęcimia czy do jakiegoś innego obozu,

to była nieznana, po prostu była nieznana,

bo nikt z tamtych ludzi nie wracał.

Wysyłali i nie wiadomo dokąd.

I to była raz taka sytuacja, że jakaś dziewczyna z Pabianic

powiedziała właśnie, zaczęła nam mówić, czym są te obozy

i nikt z nas nie wierzył.

Co opowiadała? Co mówiła?

Opowiadała że ludzie pracują po pas w wodzie,

że jak nie może pracować to go od razu dobijają,

że nie dają nic do jedzenia,

że są ludzie, którzy tam od razu idą do gazu.

Takie rzeczy, które się nie mieściły.

Pani nie wierzyła w te opowieści?

Nie wierzyłam.

Nie wierzyłam. Po prostu myśleliśmy, że ona przez ten dłuższy pobyt czy przez to, że uciekała,

to ona...

A okazuję się, że to wszystko okazało się prawdą, jeszcze gorszą.

Czy pamięta pani pierwszy dzień w Auschwitz?

Ja... Można powiedzieć, że dla mnie Auschwitz zaczął się po południu.

Po południu to jest wieczór i noc,

bo ten dzień to się okazał już taki bardziej spokojny, praca, jakieś...

Ale te pierwsze wrażenie, ta niesłychana jakaś... Trudno powiedzieć słowo „odrębność”,

to jest za słabe słowo.

To było tak niepodobne do tego wszystkiego,

że ja po prostu byłam przekonana, że tak musi wyglądać piekło.

Co takiego pani zobaczyła?

Zobaczyłam przede wszystkim ten blok, wejście do bloku.

Ja spojrzałam i tam kobiety...

Ja do dzisiaj mogę panu powiedzieć, jak która kobieta wyglądała.

Wszystkie wyglądały jednakowo, miały głowę gołą.

Oczywiście niektóre jeszcze miały chustki, ja miałam chustkę. I krzyczące...

Tam były trzy kondygnacje, ta najniższa...

Mówi pani o tych łóżkach, tak?

Tak, na dole, przy ziemi,

potem było pierwsze piętro jakby

i potem wyżej, czyli ja mówię dlatego że to były trzy kondygnacje,

ale jedna to była podłoga.

Więc tam było mnóstwo kobiet, które nie wyglądały jak kobiety,

bo wszystkie były bez włosów, rozwrzeszczane na tych kojach

jakieś takie, że masa tych kobiet, wszystkie w ruchu,

wszystkie jakoś ruszające się, skaczące, chodzące, kłócące się.

To było przecież...

Ja nie wiedziałam, gdzie ja jestem.

No i ja jako nowa dostałam miejsce na ziemi

i był jeden koc, więc nie wiadomo było czy się przykryć czy podnieść i się na nim położyć.

No i ja wtedy... Przykryłyśmy się tym kocem. Oczywiście nie rozbierałyśmy się z tych sukienek,

bo nie było w ogóle mowy, żeby się jakoś rozebrać.

Do czego?

No, ale jakoś ta pierwsza noc przeszła.

To wnętrze tego baraku to było bardzo, bardzo dla mnie dramatyczne.

I poza tym widok później, na drugi dzień.

Widok za dnia tych kobiet, tych chodzących, tych takich wszystkich...

Te żydówki takie, te masy kobiet...

Właściwie nie wiadomo było, one były jakieś takie...

Ubrania, które gdzieś już były wyrzucone, a im tutaj je dali.

To wszystko było takie bardzo, bardzo dramatyczne..

Były wychudzone, wyniszczone?

Kobiety?

Nie, nie były. Dlatego że to było wszystko, jeszcze nie zdążyli ich wychudzić.

Jeszcze nie zdążyli.

Ja później widziałam takie wychudzone,

zwłaszcza te greckie żydówki.

Potem widziałam, że były różnice między jednymi a drugimi.

No, a potem bardzo dramatyczny był dla mnie widok cyganów, których wieźli do gazu.

Oni wiedzieli, że jadą do gazu

i zaraz...

Ja nie wiedziałam, domyślałam się, ale nie przypuszczałam, że będą w takiej ilości palić ludzi.

Po prostu tylko troszeczkę tak jakoś, jakby narkotykami trochę oszołomili,

żeby nie stawiali oporu i to wszystko.

Jak wyglądało życie codzienne w obozie?

Więc najpierw chodziłam w pole,

do pracy w pole.

Tam były też różne przeżycia.

Różne były. I ciekawie, i różnie.

Potem zachorowałam na tyfus i moim zdaniem ja...

Ten tyfus został mi zaszczepiony.

Przechodziłam ten tyfus

i już postanowiłam, że już na tyle byłam kilka miesięcy w tym obozie,

i już postanowiłam, że nie będę chodzić w pole.

I robiłam wszelkie uniki,

już byłam nauczona, już miałam trochę włosów,

takie włosy już miałam.

To był dowód na to, że już nie jestem nowa.

I już wzbudzałam pewien szacunek,

że jednak udało mi się przeżyć,

że nie wyszłam przez gaz, tylko że chodzę i działam.

I wtedy się dowiedziałam, któregoś dnia...

Jak mówię, starałam się tutaj chodzić, paczki roznosić, takie różne prace...

Któregoś dnia przyszła jakaś Niemka i szukali kogoś, kto umie pisać na maszynie i zna niemiecki.

I ja byłam, ja się zgłosiłam, trzy koleżanki się zgłosiły.

I przez trzy miesiące pisałyśmy wykazy tych Żydów,

którzy umarli, oczywiście na zapalenie płuc.

Oficjalnie.

Tak.

Tylko całe wykazy...

Oni byli skrupulatni, Niemcy byli bardzo skrupulatni.

Tam wszystko było zapisane.

Wszystko było...

To jest właśnie ta, że oni robili...

I oczywiście na inne rzeczy też znajdowali jakieś usprawiedliwienie,

ale wszystko było zapisane.

Powiedziała pani, że zaszczepiono pani tyfus.

Tak.

W jaki sposób?

Chodziło się do tak zwanego lazaretu

i przychodzili do nas do bloku i po prostu wybierali.

Wybierali daną osobę i ja nie wiem... Dostaję jakiś zastrzyk,

potem się okazuje, że robią na mnie jakieś próby.

Tam były też różne takie...

Mało było w Oświęcimiu w tym okresie takich, że komuś obcinali nogę

czy na przykład, byłam świadkiem, jedna koleżanka, z którą ja pracowałam,

matka oddała ją, żeby miała...

Była jakąś kilkuletnią, kilkunastoletnią dziewczynką,

wycieli jej kawałek nogi i wstawili żołnierzowi.

Tak, żeby mu się zrosło.

Ja widziałam osoby takie, które były...

U mnie na szczęście to się skończyło w ten sposób,

że ja straciłam włosy, że ja chorowałam na ten tyfus, że to wszystko.

Jak wyglądały obozowe posiłki?

Posiłki były trzy razy dziennie.

I to wyglądało w ten sposób, że na śniadanie i kolacje dostawaliśmy chleb.

I z tym chlebem jakiś dżem był.

Do picia to się dostawało jakąś herbatę. To były ziółka.

Były pokrzywy i jakieś inne.

Mówili, że tam nam dawali jakieś zioła do picia,

że kobiety nie miały menstruacji.

Nie wiem jakie,

ale w każdym razie nie było menstruacji,

że po prostu w jakiś sposób to wpływało na nasz organizm.

Każda miała taką miskę, z tą miską się nie rozstawała.

Nosiło się ją tutaj zawsze.

Z tym się spało, z tym się chodziło, to była podstawa,

bo inaczej ja nie miałam w czym...

I zupa, i ten, dostawało się w tej misce.

Czyli należało tę miskę podstawić, tak?

Tak, tak, podstawić to i one nalewały,

w zależności od tego, ile miały w tym kotle.

No i była oczywiście taka też możliwość,

że za dobrą pracę, to się mówiło: „ty, ty i ty masz jeszcze dolewkę”.

Te zupy to były tak...

Tam całe te pokrzywy, bo one były dużo z pokrzyw.

Takie całe pokrzywy w tym były.

No, ale to była ta zupa.

Jakiś kartofel czasami się znalazł czy coś.

Tego było dużo i to były obiady.

I te obiady to były właśnie takie zupy.

Te zupy nosiło się w kotle

i jak na przykład myśmy pracowały w polu,

to przyjeżdżał kocioł i nie wracało się, tylko się stawało w kolejce...

I na tym polu jadło się tę zupę.

Często chodziła pani głodna?

Czy to była codzienność?

Więc ja specjalnie nie chodziłam głodna,

dlatego że ja dostawałam paczki z domu.

Można było dostawać paczki.

I raz na miesiąc czy raz na dwa tygodnie, nie pamiętam,

ale te paczki to były oczywiście przede wszystkim chleb.

Przede wszystkim chleb i jakieś owoce.

Jakiś pomidor, coś takiego, tego rodzaju.

A kwestia higieny? Toalety? Jak to wyglądało w obozie?

Toaleta to była oczywiście dla wszystkich razem

i to się chodziło...

I to nie było na przykład...

Jeśli było się w polu, no to szło się tam.

Nosiło się się ze sobą takie właśnie na toaletę,

żeby nie gdzieś po krzakach czy coś, tylko w tym jednym miejscu.

No i chodziło się i potem z powrotem też się nosiło to wszystko.

Także to było, jak było...

A na przykład jeśli chodzi o to, to było zwyczajnie 15, 20 tych siedzeń i wszyscy razem chodzili.

A jak często miała pani okazję, żeby wziąć prysznic, wykąpać się?

Śmieje się, bo co pewien czas, co kilka miesięcy, robili takie odwszenie.

Odwszenie i to wtedy zabierali nam, żebyśmy goło chodziły.

Tu były te komisje, te kontrole

i dostawaliśmy nowe ubrania.

I wtedy właśnie można było, wtedy szło się na jakąś kąpiel.

To było raz na kilka miesięcy.

Raz na kilka miesięcy.

Tak.

Jak często widziała pani ludzką śmierć?

Wychodzę, na przykład taka sytuacja:

wiem, dowiaduję się, że moja koleżanka, z którą razem chodziłam do szkoły, do gimnazjum, nie żyje.

Była aresztowana.

I ja idę i tam jest taka cała góra tych trupów,

jeszcze nie zabrana do krematorium,

ale one są już nagie

i ja wtedy widzę tę koleżankę.

Odnalazła ją pani?

Wyciągnęłam jej rękę, chociaż uścisnęłam tę rękę.

Takie było właśnie pożegnanie,

tego rodzaju.

Dlatego jak pan mówi „śmierć”, to mi trudno jest powiedzieć.

Ta co koło mnie była? Czy inne takie leżące, konające?

Czy ta góra tych dziewczyn,

które po prostu zebrane leżą na górze i wszystkie czekają na to wszystko?

No i ci prowadzeni do tych dołów...

To były bardzo, bardzo dramatyczne momenty.

W 1944 roku to zaczęło się to,

że Niemcy weszli na Węgry.

I tam mieli już przygotowane te wykazy i zaczęły się transporty do obozów.

I było tak dużo tych transportów, że już krematoria nie starczały,

a ci Węgrzy, oni zdawali sobie sprawę, że to nie jest możliwość za długo

i dlatego kierowali... Dniem i nocą te transporty przychodziły.

I Niemcy nie mogli tego w krematoriach zmieścić, więc palili na łące.

I to był dla mnie tak straszny widok.

Tak że ja nie mogłam po prostu po latach...

Ja dzisiaj tego nie widzę tak, bo wiele lat już przeszło,

ale to jednak był bardzo, bardzo dramatyczny widok.

Czy dobrze widzę, że to znamię na pani ręce to pozostałość tatuażu obozowego?

Tak, taki miałam numer.

44165.

To był mój numer, moje nazwisko i moja tożsamość przez cały czas.

W jakich okolicznościach zrobiono pani tatuaż?

To było wtedy, kiedy myśmy byli w tej wielkiej sali,

oczywiście już bez ubrań, bez niczego.

I taka jedna, pamiętam tę żydówkę jak dzisiaj,

ona robiła i ona zrobiła mi wyjątkowo mały numer.

Bo inne to mają takie niezgrabne,

a ja mam zgrabne.

Moje koleżanki niektóre, to sobie po prostu potarły

i miały bardzo niewielki,

ale ja dostałam ten numer

i jak wyszłam z obozu, to ja nosiłam zawsze długi rękaw.

Ja po prostu nie chciałam... Z jednej strony nie chciałam na ten temat rozmawiać,

byłam normalnym człowiekiem, nie byłam więźniem.

i ja dlatego nosiłam...

A teraz tatuaże są tak popularne.

Ja patrzę, zwłaszcza panowie... Czy miałam znajomą, która sobie na plecach zrobiła.

Także ja jestem bardzo skromna, że mam tylko taką datę urodzenia.

Jak wyglądał ostatni dzień w obozie?

Ostatni dzień w obozie to było popołudnie,

to było...

Szykowaliśmy się na marsz, tak zwany marsz śmierci.

To było 18 stycznia.

Czyli ewakuacja do innego obozu, tak?

Tak.

Już wiadomo było.

I każdy się ubrał, jak mógł.

Jeszcze coś zdobył, jakieś ubrania, coś takiego, żeby jeszcze mieć.

Dostałyśmy na drogę cały chleb czy coś takiego i marsz.

To był 18 stycznia i było bardzo zimno. I szliśmy drogą, więc to się szło całą noc.

I to był ostatni dzień.

I tak szły inne grupy i było tak ślisko,

że myśmy z koleżanką trzymały się pod ręce.

I po drodze zatrzymywali się w różnych miejscach

i odpoczynek był, spaliśmy w jakichś...

Tam się tak złożyło... Potem ja spotkałam osoby, które skorzystały wtedy z okazji,

zagrzebały się w siano w stodole

i przy pomocy ludności uciekły.

Ja nie próbowałam nawet.

Ja szłam tak, jak trzeba było iść.

Nie próbowałam wtedy żadnej ucieczki.

To był pani ostatni dzień w Auschwitz, ale to nie był ostatni dzień w ogóle w obozach,

bo później były kolejne obozy. W sumie pięć.

To potem były jeszcze cztery miesiące.

Który z obozów był najtrudniejszym doświadczeniem dla pani?

Czy Auschwitz? Czy jakiś inny?

Więc w zasadzie Malchow nie, Buchenwald nie.

Każdy był inny.

Każdy był inny, ale najgorsze doświadczenie... Mogę powiedzieć, że najtrudniejszy był następny, Ravensbrück.

To były trzy tygodnie, ale tam spałyśmy pod namiotami, było zimno.

Tam było tak, że ja... Miałyśmy ten koc i zabierałyśmy ze sobą deski, na których spałyśmy,

bo było tak strasznie dużo ludzi

i oni nie byli przygotowani na taką masę ludzi.

I ja, jak z koleżanką miałyśmy, to ja deski tu miałam przymocowane, pod ubraniem, pod sukienką

i tak chodziłyśmy.

Czyli spało się na deskach, które w ciągu dnia brało się ze sobą, żeby nikt ich...

Bo nie było... Musiałabym spać na gołej ziemi.

A tak to koc zawinięty gdzieś oczywiście no i zwłaszcza te deski.

W końcu zdecydowała się pani na ucieczkę.

Tak, ale to było...

Jak to wglądało?

Ucieczka wyglądała w ten sposób, że... To był już ten piąty obóz, Lipsk.

I była taka sytuacja, że myśmy... Ja z koleżankami byłam

i tam nie mieli dla nas jedzenia i one przez całą drogę żadnego chleba, żadnego nic,

tylko dostała dla nas kostkę margaryny

i codziennie nam dawała po łyżeczce margaryny

jako wyżywienie.

Na cały dzień?

Na cały dzień. I tak były trzy dni

i potem myśmy byli na łące. To był kwiecień,

to był kwiecień 1945.

I już nad nami, pamiętam to było wtedy,

nie pamiętam jak się nazywała ta miejscowość,

wtedy nadlecieli alianci i zaczęli nas ostrzeliwać.

Nie bomby, tylko grupa. To mogło być wojsko niemieckie, uciekinierzy czy ktoś.

I zaczęli na nas strzelać i ja powiedziałam wtedy do koleżanek, że uciekamy.

Zaczęłyśmy się zastanawiać. One też były chętne i zaczęłyśmy się zastanawiać, jak to zrobić.

I ja rozmawiałam z Niemcem,

który okazał się Austriakiem.

I on mi powiedział na zakończenie naszej rozmowy...

Ja nie ryzykowałam, ja mogłabym się wyprzeć tej rozmowy,

ale chciałam się zorientować, jakie są możliwości.

O co go pani zapytała?

Że my chcemy uciec.

Wprost?

Wprost, że my chcemy uciec.

A on powiedział: „ja bym też chętnie to zrobił, gdybym miał cywilne ubranie”.

I on okazał się po prostu po naszej stronie,

bo kiedy... To była czwarta po południu.

Nas było około 30 tysięcy na tej łące

i był kopiec kartoflany.

I Rosjanki, Ukrainki rzuciły się na te surowe kartofle,

bo nie było nic do jedzenia, nie dawali nic.

I wtedy zrobiło się zamieszanie.

I pani skorzystała?

I koleżanka mówi „idziemy”

i poszłyśmy w boczną drogę.

Ten jeden Niemiec chciał karabin, a ten mój Niemiec powiedział po niemiecku „lass sie gehen”.

„Pozwól im iść”, „niech idą”.

I ja się zastanawiałam, że z jednej strony, to była z jego strony dobra wola,

z drugiej strony, gdyby oni strzelili, to zrobiłoby się jakie zamieszanie.

Nie daliby rady.

Przecież 30 tysięcy ludzi i one nie mają nic do stracenia, tylko by poszły i wtedy zupełnie by się rozpadło,

a tak to cichutko tutaj poszły.

Okazuje się, że później też uciekały.

Ten transport, którym myśmy szły na początku kwietnia, to on szedł do 30 kwietnia,

aż do granicy czeskiej.

Jak obozowe doświadczenia wpłynęły na pani późniejsze życie?

Wpłynęły na moje życie, że ja się zrobiłam bardziej taka liberalna do wszystkiego,

że ja bardzo cenię nie tylko życie, ale ludzi.

To wpłynęło na mnie w ten sposób, że ja po prostu bardzo się interesuję nadal tymi sprawami politycznymi, mimo że nie mam...

Słucham dziennika. Nie tylko ze względu na obóz,

a ze względu na inne, bo stale istnieją te podziały i stale istnieją różni ludzie na czele,

którzy mogą wprowadzić... A ja naprawdę uważam, że te 70 lat dla Polski bez wojny,

ja mówię tak ogólnie,

to jednak swoje znaczenie ma.

Nigdy więcej wojny.

Nigdy więcej wojny.

Pani Alino, bardzo uprzejmie dziękuje pani za spotkanie.

Dziękuje, że zgodziła się pani do nas przyjechać.

Proszę pozwolić, że pozwolę sobie odwdzięczyć się tym skromnym bukietem.

Dziękuje bardzo, jak się cieszę.

Bardzo dziękuję za spotkanie.

Dziękuję bardzo. Piękne kwiaty!

Learn languages from TV shows, movies, news, articles and more! Try LingQ for FREE