„MARZYLIŚMY o tym, żeby POWSTANIE się zaczęło” – 7 metrów pod ziemią
Wszyscy marzyliśmy o tym, żeby powstanie się zaczęło.
Powstanie zmieniło nas wszystkich.
Myśmy przestali być dziećmi, młodzieżą.
Staliśmy się bardzo, bardzo dorośli.
Przez ostatnich 5 dni powstania,
to na przykład ja miałam tylko landrynki.
Każdy z nas wierzył, że przeżyje -
to jest normalne.
Młody człowiek, który idzie walczyć nie myśli o tym, że zginie,
tylko myśli o tym, że zwycięży.
- Kiedy wybuchło powstanie miała Pani 16 lat. - Tak.
- To było dokładnie 75 lat temu.
1 sierpnia, godzinia 17:00.
Jak wyglądał tamten dzień?
Ten dzień był pełen oczekiwania,
bo właściwie ja bardzo długo czekałam
na to, aż do mnie dojdzie wiadomość,
o której mam się stawić na swoim miejscu,
przeznaczonym na początek powstania.
To było tak, że tak sieć była uruchomiona -
sieć ludzi, którzy kolejno zawiadamiali innych.
Do mnie ta wiadomość dotarła późno,
także jak ja już wyszłam z domu na ul. Wilczej -
wtedy na Wilczej,
zatrzymałam się i pożegnałam moją mamę,
to już prawie biegłam.
Mój punkt był na Czerniakowskiej,
w jakimś dalszym miejscu.
Musiałam przebiec Plac Trzech Krzyży,
całą ul. Książęcą
I pamiętam Książęcą z góry to już właściwie biegłam.
Dobiegłam właściwie już do miejsca,
gdzie stawiano barykady.
Już stawiano pierwszą barykadę.
To mnie zdumiało, bo oprócz worków,
które były pewnie z piaskiem czy ziemią, oprócz takich worków, ludzie cywilni, cywile
znosili jakieś krzesła, jakieś, jakieś takie
używane szafki
czy inne rzeczy.
Budowano w mig
barykadę
właściwie z niczego.
-Z tych szafek, krzeseł? -Z tego wszystkiego, kładziono to jedno na drugim,
zasypywano czymś, zakładano, zakrywano.
To bardzo szybko powstało.
Powstanie było przewidziane na 3 dni.
Mieliśmy mieć jakąś bieliznę,
nasze matki uważały, że również jedzenie,
taka podręczna torba,
gdzie była szczotka do zębów.
Ale nastrój był niesłychanie podniosły.
Ludzie wracali do Warszawy.
Wszyscy marzyliśmy o tym, żeby powstanie się zaczęło,
żeby się odbyło.
-Jak to możliwe, dlaczego człowiek o tym marzy?
Ja byłam zaprzysiężonym żołnierzem Armi Krajowej
półtora roku przed powstaniem.
-Przygotowywała się pani jakoś do tego?
-To nie ja, to mnie przygotowywano.
-W jaki sposób? Jak to wyglądało?
Byliśmy uczeni, mieliśmy kursy.
Byliśmy ustawieni w grupach.
Te grupy składały się z kilku, kilkunastu osób.
Spotykaliśmy się, przechodziliśmy musztry,
kurs łączności, to znaczy ja łączności,
bo chciałam być łączniczką.
Kurs sanitariatu, to właściwie wszystkie dziewczyny przechodziły.
Były przeróżne.
To zależy gdzie się trafiło i co się robiło.
-Uczyli strzelać?
-Na ogół to zależało od możliwości.
Jeżeli ta grupa miała dostęp do broni
I do terenu, w który mogła wyruszyć, dotrzeć, wyjechać,
bo trzeba było w jakimś lasku ćwiczyć.
Mnie się trafiło, że akurat miałam taką okazję,
ale na ogół były to kursy łączności, bardzo poważne.
Były też kursy samochodowe,
bo powstanie miało wziąć cały kraj, nie samą Warszawę.
Kiedy partyzanci byli ranni, dostawali się do szpitali
i to też szło takimi kanałami podziemnymi,
to znaczy konspiracyjnymi,
żeby Niemcy nie zorientowali się, że to jest ktoś ranny w partyzantce.
W związku z tym raz dostałam takie polecenie,
żeby odwiedzać chłopca, który leży w określonym szpitalu,
na oddziale takim, jest absolutnie samotny,
żeby po prostu pójść z nim rozmawiać.
Ja mówię: „o czym ja mam rozmawiać?”.
„O niczym”.
Po prostu pójść, żeby wiedział, że ktoś się nim interesuje,
że jest pod jakąś ochroną.
„Pani pójdzie jako nieznana osoba i on to doskonale zrozumie”.
Rzeczywiście byłam u takiego, chodziłam do niego parę razy.
Nie po to, żeby mu nosić jakieś jedzenie -
po prostu siąść i z nim troszkę porozmawiać,
on świetnie wiedział o co chodzi i ja również.
Takie misje były nam zlecane.
To wszystko było przed powstaniem.
-Co na to wszystko pani mama, pytam o pani udział w powstaniu?
Czy ona o tym wiedziała?
Czy jej się to podobało?
-Miałam sytuację szczególną, ponieważ jestem z rodziny wojskowej.
Mój ojciec był przed wojną oficerem
w randze majora.
Wychowanie dzieci w przedwojennej rodzinie wojskowej było szczególne, było bardzo patriotyczne.
Dla mnie defilady to było coś wspaniałego,
ja byłam zapatrzona w wojsko od dziecka.
Może to miało jeszcze swoje znaczenie.
Moja mama była po prostu żoną oficera.
Trzeba powiedzieć, że wojsko było trochę elitarne przed wojną, to prawda,
ale nie o to chodziło, ten patriotyzm był we krwi każdego z nas.
-Ale pani miała zaledwie 16 lat!
O to chodzi,
natomiast mój ojciec pozostał w kraju.
Udało mu się nie trafić do niewoli.
Działał najpierw w ZWZ, a później AK.
Działał w sztabie, współpracował.
W pewnym momencie, w 1943 roku nastąpiła wpadka jakieś grupy
i został aresztowany, dostał się na Pawiak,
i na tym Pawiaku przez 3 miesiące był męczony i torturowany w różny sposób.
Wreszcie został zamordowany na Pawiaku we wrześniu 1943 roku. Także ojca już nie miałam.
Czyli mniej więcej rok wcześniej pani mama pożegnała męża.
Tak, a ja ojca, który był moim ideałem i w którego byłam wpatrzona,
i którego bardzo szanowałam.
No i przychodzi sierpień, a pani mówi mamie, że idzie walczyć?
Tak, moja mama to rozumiała.
Jak wyglądało pożegnanie?
Było bardzo proste, „za parę dni się zobaczymy”,
na takiej zasadzie.
Oczywiście mama myślała swoje,
ja miałam optymizm, tak jak myśmy mieli wszyscy.
Także ono nie było łzawe, nie było dramatyczne,
przynajmniej na pozór.
-Mówi pani, że powstanie początkowo miało trwać zaledwie 3 dni.
Czy człowiek w tamtym czasie myślał, że może zginąć czy w ogóle nie było takiej myśli?
Myślenie może w jakimś sensie gdzieś tam przenika,
ale każdy z nas wierzył, że przeżyje.
Młody człowiek, który idzie walczyć nie myśli o tym, że zginie.
Tylko myśli o tym, że zwycięży.
I tak powinno być, to jest naturalne.
Idziemy na wojnę po to, żeby wygrać.
Nie po to żeby zginąć.
Myśmy mieli bardzo dużo entuzjazmu.
Właśnie entuzjazm był szalony,
było wiele radości, uśmiechu,
w momencie jak dotarliśmy do naszych zgrupowań, do barykady.
Zupełnie nieznani ludzie, wcale niekoniecznie „swoi”,
niektóre dziewczyny, ale bardzo mało, z jedną byłam zaprzyjaźniona.
Cały czas żeśmy chodziły razem na te szkolenia.
Pozostałe też poznałyśmy.
Wtedy nastąpiły przydziały: gdzie, kto.
Ponieważ ja zostałam przydzielona do czwartej kompani , czwarty pluton,
batalion „Tum”.
Zaczęło się to, że entuzjazm obejmował nie tylko tych młodych, nas, powstańców,
lecz także cywili.
Cywile przychodzili, pomagali, gotowali od razu dla nas jakąś zupę,
organizowali się, przynosili rzeczy na barykady.
Patrzyli na nas jak na bohaterów.
Było to niesłychane zbratanie.
Nam rozdano biało-czerwone opaski, które założyliśmy na ręce,
kiedy pojawiły się flagi...
Przez pięć lat tych flag nie było,
naród był dręczony,
przed powstaniem rozstrzeliwanie ludzi na ulicach stało się rzeczą powszechną.
Nie było to raz na cztery miesiące,
tylko to było raz tu, raz tam.
Te łapanki, te strzelaniny...
Stało się tak, że Warszawiacy nie mogli już tego znieść.
Każdy chciał, żeby tych Niemców przegonić osobiście.
Znaczy nie Niemców, tylko najeźców.
Nastrój Warszawy był fantastyczny.
Bo to było miasto fantastyczne,
ciągle uważam, że jest.
Podczas samego powstania, była pani właściwie łączniczką.
Tak.
-Czym właściwie się pani zajmowała?
Jak to opisać?
Funkcji było dużo.
Tak jak ja, byłam przy konkretnym plutonie, kompani,
byłam łączniczką polową.
Mieliśmy dyżury.
Niezależnie od wszystkiego, przy barykadzie były warty.
Więc taką wartę, czterogodzinną, oprócz dwóch chłopców zawsze była łączniczka, która musiała biegać w razie czego.
Najgorsza warta była oczywiście między 12 a 4 w nocy,
bo to ani przed ani po - wyspać się nie da.
Drugą ważna wartą była ta przy CKM-ie - ciężkim karabinie maszynowym. Ja pamiętam to miejsce na Szarej 14.
Wysoko, na 2 lub 3 piętrze.
Tam właściwie powinnam była zginąć, a nie zginęłam.
Dlaczego?
-Moja służba tam wypadała na godzinę 6 rano.
Ale o godzinie 5 nas obudzono,
że idą jakieś czołgi.
W takim razie „kto na ochotnika do butelek?”. Były to te butelki z zapalającym materiałem,
usiłowało się je dorzucić przed czołg.
Czyli chodziło o to, żeby butelkami z benzyną rzucać w niemieckie czołgi?
Tak.
Ja się zgłosiłam, zawsze się lubiłam zgłaszać.
Pobiegliśmy tam, oczywiście musieliśmy czekać i przemieścić się,
to potrwało, ale ostatecznie czołgi pojechały inna drogą.
Wobec tego oddałam butelkę i pobiegłam na swoją wartę,
w między czasie poszedł na nią ktoś inny.
Pani się spóźniła?
-Spóźniłam się co najmniej 1,5 h.
Kiedy tam doszłam, okazało się,
że w międzyczasie Goliat, czyli taki czołg-nie czołg
wstrzelił się dokładnie w stanowisko tego karabinu maszynowego, które było w oknie
ulicy Szarej 14,
zrobił tam potężną dziurę
i potężne zniszczenia.
Zginęli obaj chłopcy, cała obsługa zginęła.
Kiedy ja wchodziłam po schodach już wiedziałam, że tam coś uderzyło, nie wiedziałam co,
nie wiedziałam jak to wygląda.
Po drodze znalazłam dziewczynę, któa miała małą ranę,
ale to niewątpliwie był odłamek.
Zginęła na miejscu i leżała tak na schodach.
Jeden z tych chłopców też taki posiekany, nieżyjący,
a drugiego nie było.
To było miejsce gdzie były jakieś ksiazki na półkach
i jak ten pocisk rąbnął, to wszystko właściwie w te książki.
-Czyli gdyby nie te czołgi...
-Tak, to byłabym ja.
To są wszystko przypadki.
-Co 16-letnia dziewczyna myśli sobie w takiej sytuacji?
Kiedy przychodzi an to miejsce, widzi co tam jest...
Ja zupełnie źle myślałam, bo ja nie myślałam, ze miałam szczęście,
tylko ja myślałam, że ona miała takie nieszczęście.
Miałam wyrzuty sumienia, ze ona zginęła za mnie.
Takie rzeczy czasami zdarzają się.
To wszystko minęło.
-Tak się zdarza i na to nie mamy wpływu.
Pan pytał co myśmy robili:
przenosiliśmy różne rozkazy
miedzy dowódcą a poszczególnymi ludżmi, między dowódcą plutonu a dowódcą kompanii.
Jeśli rannego nieśli chłopcy na noszach,
to trzeba było pójść przed nimi pokazać im drogę.
To też było zadanie łączniczki?
No tak, bo łączniczka znała te ulice, przejścia, dziury w płotach, trzeba było ich doprowadzić.
Także łączniczka miała dużo zadań i
była to bardzo ciekawa funkcja.
Jak wyglądała taka codzienność? Co się jadło? Gdzie się spało?
Zacznijmy od tego, że spaliśmy normalnie w łóżkach.
Dziewczyny miały oddzielne pokoje.
Ludzie opróżniali te domy
Tam, gdzie był obszar ostrych wart
ludność cywilna wycofywała się i była masa pustych mieszkań.
-Czyli ludzie uciekali, a wy tam wchodziliście?
-No tak.
Ludzie wchodzili w piwnice na początku.
Dosyć szybko się zorientowali i chyba mieli rację.
My byliśmy normalnie na piętrze, później zeszliśmy na parter, bo obstrzał było coraz bliższy.
Jest wielka różnica między pierwszym a drugim miesiącem powstania.
Pierwszy miał wiele radosnych chwil, msze polowe odbywały się,
tam był wydzielony teren, dom tworzył takie podwórze.
i tam się odbywały te msze.
to było na początku, nasz teren był duży
było stosunkowo spokojnie
nawet mieliśmy taki ślub, też się odbył
-Ślub podczas powstania? -tak
było na to miejsce? był na to czas?
była na to chwila
ale to była para, która znała się przed powstaniem
nie tak, że oni się w czasie powstania poznali
a co się zmieniło po miesiącu? mówi pani że była zmiana, na czym polegała?
na tym, że niemcy zacieśnili krąg, dali ogromny ogień
na
Czerniaków
zaczęto nas bombardować z góry
z samolotów
i więcej granatników skierowano na nas
teren nam się kurczył
wypychano nas z tego terenu
aż tam się robiło zupełnie inaczej
Pytałem o tą codzienność, a co się jadło?
Co jadło, właśnie chciałam powiedzieć, że my
na początku... Sytuacja naszego plutonu, bo to
był 4 pluton 4 kompani.
Ale ponieważ wysyłany był w bardzo trudne miejsca
nazwaliśmy go wypadówką
bo były takie wypady, które może były bardziej interesujące
jeden z naszych kolegów nawiasem ormianin ale mieszkający w Polsce
nie wiem kim był z zawodu
był znakomitym kucharze, który nam gotował
objął również funkcję gotowania
ponieważ zdobyliśmy od niemcó magazyny "spoołem"
w tych magazynach był makaron w dużych ilościach
i przeciery pomidorowe
wobec tego jedliśmy dwa razy dziennie, bo chleba przecież nie było
nie było też ziemniaków ani nic z tych rzeczy
więc ten makaron niesłychanie nam pomagał, jedliśmy go rano i wieczorem
rano śniadanie a wieczorem, nazwane by było teraz, obiado-kolacją
albo była zupa pomidorowa z makaronem, lub makaron z sosem pomidorowym
ponieważ ten kolega o którym mówie niesamowicie gotował
a jego żona dobiegała do nas, przynosiła przyprawy
więc my to jedliśmy w znakomitym wykonaniu
wiem, ze raz w tym pierwszym miesiącu zdarzyła się konina
która była przez niego zrobiona znakomicie, nikt nie wiedział co je ale wiedział że je znakomite mięso
to były te dobre okresy
ten kolega niestety kiedyś wyszedł na jakiś dach z karabinem
i tak zginął
w każdym razie końcowe nasze dni były zupełnie beznadziejne
bo w ogóle nie było wody
nie było możliwości ugotowania
i właściwie przez ostatnie 5 dni powstania to ja miałam tylko landrynki
jakąs paczkę landrynek, od kogoś, ktoś kiedyś przyniósł
i te landrynki jedliśmy
czy to już był ten czas, kiedy człowiek myślał, że to powstanie mogłoby się skończyć?
niestety tak
ale tej myśli nie dopuszczaliśmy do końca
do końca nie dopuszczaliśmy tego, że powstanie się może skończyć
ciągle wierzyliśmy, że będą zrzuty
znaczy ze strony anglików lub amerykanów
jeśli były to do nas nie trafiły
z bronią, bo to czego nam brakowało to nie chodziło o jedzenie tylko o broń
myśmy ciągle czekali na broń
nie mieliśmy naboi i ganatów mieliśmy bardzo mało
bez tego było wiadome że nie da rady
czy miała pani taki dzień, że sobie pani uświadomiła, że to powstanie nie skończy się dobrze?
na pewno
gdyby nie to to bym się nie zdecydowała na przeprawę przez Wisłę
byliśmy nad brzegiem Wisły, stopniowo spychani
zostaliśmy odcięci nawet od ul. Solec
nawet od tego kościółka na Solcu
nazywam go kościółkiem bo jest bardzo ładny
tam też rozgrywały się dramaty
Niemcy, kiedy tam dotarli i jakaś mała grupa
dostała się w ich ręce
to po prostu rozstrzeliwali
nie brali do niewoli
uznawali powstańców za bandytów
dopiero później kiedy doszło do kapitulacji
to wtedy zmienił się ten system i wzięto do niewoli
u nas nie było żadnej kapitulacji
jakie sytuacje, doświadczenia w największym stopniu obciążały pani psychikę?
powstanie nas zmieniło wszystkich
w jaki sposób?
myśmy przestali być dziećmi, młodzieżą, myśmy się stali bardzo, bardzo dorośli
kiedy widzi pan jak obok padają ludzie, którzy byli kolegami
z którymi pan przed chwila rozmawiał
myśmy byli wszyscy trochę jak bracia
ogromne zbratanie
ogromne zaprzyjaźnienie ludzi, którzy tam walczyli
nie było podziałów, my jesteśmy lepsi lub my jesteśmy gorsi
Był taki dzień podczas powstania, kiedy pani sobie postanowiła,
że jeśli przeżyje
to pójdzie na medycynę.
- To już Pan wie, tak? (śmiech)
- Co się wtedy wydarzyło
- Wie Pan dlaczego, ja nigdy nie myślałam. Ja nie miałam w tradycji
rodzinnej żadnych lekarzy.
Tak się złożyło. Byli różni, byli artyści, różne zawody
Ale nigdy nie było lekarza.
Ja nie miałam takich zamiarów.
Moja matka chciała ze mnie zrobić pianistkę
Bo grałam od 6 roku życia, i tak dalej.
Ale mój ojciec wolał żebym sama sobie wybrała zawód
A ja marzyłam o architekturze,
albo
o dziennikarstwie
Więc takie marzenia moje były jeszcze
niesprecyzowane, ale na pewno nie szły w kierunku medycznym
No i wtedy, kiedy tam na miejscu
Gdybym mogła
Gdybym umiała
To mogłabym zrobić wiele dobrego
Może uratować jeszcze jakieś życie
To zrozumiałam , że jestem bezsilna
i że dla mnie w życiu nic nie będzie tak poważne
jak ludzkie życie
I to się stało
Moim przeznaczeniem
Ja już wybrałam
Chodziło o uratowanie życia i nawet w medycynie
Też nie zależało mi tylko na medycynie
Musiałam być chirurgiem
I tak zostałam w końcu
chirurgiem
Ale cały szereg ludzi z mojego otoczenia
też bardzo zmieniło im życie
Zmieniło nasze nastawienie do wielu spraw
Po prostu każdy to przeżył, powstanie
Kiedy spotykał drugiego człowieka
który też
przeżył powstanie, po wielu latach nawet
Od razu mieli wspólny język
Bo mieli przeżycia, które
były nie te same, ale...
Takie same
-Takie pytanie, które często przewija się
w kontekście Powstania Warszawskiego
no to... Czy ono w ogóle miało sens?
Co Pani myśli na ten temat?
- Więc, ja po pierwsze zawsze mówię, że:
żołnierz nie, ani od wydawania decyzji,
ani od oceny
tego
kiedy i co powinno nastąpić
I dlatego zawsze się wycofywałam
z takich wypowiedzi, bo muszę powiedzieć, że
po pierwsze my jesteśmy żołnierzami
żołnierzami Armii Krajowej
i myśmy nie decydowali o niczym
Myśmy byli od spełniania rozkazów
i to jest podstawowa
w wojsku zasada
Jeden słucha drugiego
i tak być musi. Natomiast jeśli wstecz bym chciała powiedzieć,
powstanie musiało wybuchnąć
ten ogromny, nagromadzony magazyn
uciemiężania
nienawiści z tym związanej
ale powiedzmy, no rewanżu
Bo to było nie do wytrzymania.
Polski naród wytrzymuje do jakiegoś momentu
i wreszcie nie wytrzymał
Gdyby powstanie nie zostało zorganizowane, byłoby znacznie gorzej, to już lepiej, że zostało zorganizowane
Poza tym dało ludziom wiele satysfakcji oraz wiele nieszczęść.
Nie mniej wydaje mi się, że powstanie,
zadecydowało o naszej
późniejszej historii
Bo myśmy mogli
Być zbyt łatwym kąskiem
dla sąsiadów.
Więc myślę
że to na pewno zadecydowało.
Te 75 lat temu
Pani, chcąc okazać, no miłość do ojczyzny-
wzięła właśnie udział w powstaniu.
A jak dzisiaj
Gdyby dziś miała by Pani
te 16, 20, 25 lat,
W jaki sposób dziś okazywałaby Pani miłość do ojczyzny
My jesteśmy w czasach pokojowych
I nas czasy pokojowe pociągają.
i one nas zmuszają do innych wysiłków.
Ja myślę, że
tak jak moi poprzednicy mówili
i ja czasami mówię i powtarzam, że
każdy powinien robić swoje
Ale powien dążyć do tego, aby to robić dobrze.
Myśmy mieli tak ogromny pociąg do nauki
Ponieważ Niemcy nam tego zabraniali myśmy chodzili
tajne nauczania
Więc ja bym życzyła młodym ludziom, żeby oni
walczyli o swoje wykształcenie, dołożyli za wszelką cenę,
żeby zdobyć to, co im da największą satysfakcję jeśli chodzi o przyszłość i o pracę
Bo tylko z satysfakcją dobrze się żyje i dobrze pracuje.
Pieniądze są, ale one są przemijające.
A poza tym, trzeba być bardzo przyzwoitym człowiekiem
to mi się zdaje, ja tak sobie widzę naszą młodzież
Czyli własna edukacja i przyzwoitość.
Tak, bądźmy przyzwoici i róbmy swoje.
Uprzejmie dziękuje pani za ta spotkanie.
Dziękuje nie tylko w swoim imieniu,
także w imieniu wszystkich widzów kanału
Jeśli pani pozwoli
No nie no
Bardzo proszę
No bardzo dziękuję