Jaki jest największy grzech Kościoła? – 7 metrów pod ziemią
Dopóki jesteś księdzem, który nie zadaje pytań,
dopóki ci wszystko pasuje i odpowiada,
dopóki wykonujesz, można powiedzieć, bezwiednie polecenia,
przytakujesz, no to...
droga przed tobą otwarta.
Ja się zawiodłem dawno temu.
Potem poziom zawodu urósł do takiej rangi,
że to już przestał być zawód,
natomiast ja myślę, że nawet pojawiła się swego rodzaju złość.
Oni się porozumiewają językiem złożonym z dwóch słów.
Władza.
I pieniądz.
Chcesz powiedzieć, że celibat to fikcja?
Przez niespełna 15 lat byłeś księdzem.
I nagle nieoczekiwana decyzja,
że zrzucasz sutannę.
Co się stało?
No to tak...
Szczerze mówiąc, to fajny skrót.
„Przez 15 lat i decyzja”.
Myślę, że to nie tak.
To nie była decyzja po 15 latach przede wszystkim.
Ja nie wiem, czy jest możliwe podejmować takie decyzje ot tak.
To był proces?
Myślę, że podobnie trudno jest zdecydować, czy idę do seminarium,
potem, że już w nim jestem,
no bo to też jest proces, to nie jest coś, co trwa chwilę,
później jakiś etap...
I tu jest chyba pole do myślenia i do podejmowania decyzji.
No bo jak już jestem księdzem, to kim ja tam właściwie jestem?
I to mi nie dawało spokoju.
I takich światełek różnego koloru było dużo.
Pomarańczowych i czerwonych.
I powiem szczerze, że sam się dziwię sobie,
że...
tyle lat się poruszałem tak w ogóle bez zdawania sobie sprawy z konsekwencji tego,
co robię.
Jakie rzeczy w takim razie, jakie sprawy przybliżały cię do tej decyzji?
Nie wiem, czy to nie będzie paradoks, ale pan bóg mnie przybliżał do tej decyzji.
I pewnie bardzo wiele osób,
z którymi przyszłoby mi tak rozmawiać twarzą w twarz,
powiedziałyby: „co on za głupoty gada, jaki pan bóg?”.
Zawsze byłem bardzo wierzącym człowiekiem.
Myślę, że teraz jestem jeszcze bardziej wierzącym człowiekiem niż byłem kiedyś.
Zawiodłeś się na instytucji, jaką jest Kościół?
Ja się zawiodłem dawno temu.
Potem poziom zawodu urósł do takiej rangi,
że to już przestał być zawód,
natomiast ja myślę, że nawet pojawiła się swego rodzaju złość.
No jak to jest możliwe?
Jak można?
Jak można?!
Musi być jasne.
Ja nigdy świętym człowiekiem nie byłem, takim z obrazka.
Kawał ze mnie drania i to...
czasami pomagało, czasami przeszkadzało.
Nie wiem, to tak jak z dobrym instrumentem.
Ma charakter. I albo się na nim umie grać, albo nie.
Więc podobnie jest i tutaj.
Natomiast no nie wyobrażałem sobie nigdy, jak można...
podpisywać się pod czymś,
co do czego nie mam w ogóle żadnego przekonania,
że tak powinno być.
Dopóki jesteś księdzem, który nie zadaje pytań,
dopóki ci wszystko pasuje i odpowiada,
dopóki wykonujesz, można powiedzieć, bezwiednie polecenia,
przytakujesz, no to...
droga przed tobą otwarta.
Ja słyszałem wielokrotnie od księży rangą dobrze upozycjonowanych,
patrząc mi prosto w oczy:
„mógłbyś mieć wszystko”.
Gdybyś był posłuszny?
„Mógłbyś mieć wszystko”. Rozumiesz?
Teraz podchodzi do ciebie ktoś, kto ty wiesz, że rozdaje karty
i ci to mówi, że mógłbyś mieć wszystko.
Powiem szczerze, że o tych emocjach już zapomniałem
i dzisiaj jest to takie podrapanie.
No ale jak słyszysz, że mógłbyś mieć wszystko
i mówi ci to ktoś, kto tym wszystkim dysponuje,
to zaczynasz się zastanawiać.
Czy czegoś nie masz?
Czy możesz mieć więcej niż ci potrzeba?
I w końcu spytałem: „a czego ja nie mam?”.
Co odpowiedział?
Usłyszałem odpowiedź, oczywiście po jakimś czasie.
Usłyszałem odpowiedź w 2014 roku, że „nigdy nie było dla ciebie miejsca
ani w Kościele, ani na plebanii”.
I usłyszałem to od księdza, który był kiedyś
i moim wikariuszem jako ksiądz na parafii,
później w seminarium prefektem, rektorem,
czyli kimś, kto w sumie zdecydował m.in. o tym, że ja te święcenia dostałem.
To był strzał. Ja...
Nie byłem na to gotowy wtedy, tak myślę dzisiaj.
Kompletnie.
Ja mu tylko wtedy powiedziałem:
„Trzeba było mi powiedzieć to paręnaście lat temu.
Ja bym dzisiaj miał trójkę dzieci, żonę.
Nie zostawiłbym tego, co zostawiłem.
I pewnie byśmy się nie rozstali tak jak dzisiaj, tylko czasami bym wpadł do księdza na kawę”.
W tym Kościele nie na mnie, na boga nie ma miejsca.
I to nie jest kazanie, to nie jest ambona,
chociaż takie kazania też były.
Czasami dostałem w łeb, czasami dostałem zakaz mówienia kazań
Przetrwałem to.
W moim odczuciu...
Dla mnie to jest spektakularne odkrycie.
Dla mnie samego jako człowieka wierzącego.
Nie ma miejsca dla boga.
A skąd u ciebie takie przekonanie, że w polskim Kościele nie ma boga?
Ja nie wiem, czy w polskim.
OK. W Kościele.
Co jest takiego w tej instytucji?
No bo strasznie się rozminęła ta instytucja z tym,
kim był prezentując siebie na ziemi Jezus Chrystus
i z tym, kim on jest jako bóg.
Nie ma czegoś takiego jak dwulicowość u Pana Boga.
Nie ma czegoś takiego, nigdy nie było, nie ma
no i nie będzie, nie ma jak być.
A tutaj jest to na porządku dziennym.
Dotykasz tego wszędzie.
Jakie to są sytuacje?
W 2003 roku jestem chwilę po święceniach.
Jestem księdzem wikariuszem, który...
po paru dniach już wie, że to jest wszystko fikcja.
To był dla mnie straszny strzał.
Cztery dni minęły, ja sobie wtedy pomyślałem: „co ja najlepszego ze swoim życiem zrobiłem?”.
To tak... Dzisiaj jest to łatwo powiedzieć.
Wtedy miałem 28 lat.
I ani do tyłu, ani do przodu.
I wiesz, że tak jest. Nie dasz siebie samego oszukać, że jest inaczej, no bo nie i tyle.
Umiera mój ojciec w grudniu.
No muszę temu proboszczowi, już wtedy muszę,
bo nie „chcę”, nie „powinienem”, tylko „muszę”, no bo...
nie ma relacji z tym człowiekiem żadnej.
Mówię: „no umarł ojciec, potrzebuję jechać na pogrzeb”.
No to usłyszałem od swojego księdza proboszcza,
że jednego śmiecia mniej.
Takie słowa od księdza proboszcza?
No.
Zraziłeś się?
Nie. Pojechałem na pogrzeb.
Poprosiłem, żeby nikt mi nie przeszkadzał w pochowaniu ojca.
Sam wyspowiadałem ludzi, odprawiłem mszę,
zaprowadziłem ojca na cmentarz.
To też był specyficzny człowiek, bardzo niełatwy. To tak delikatnie mówiąc.
Ale jednak ojciec.
Za jakiś czas umiera jego matka, czyli moja babcia,
umiera mój dziadek, czyli jego ojciec,
moja siostra bierze ślub. Ja to wszystko odprawiam.
A za jakiś czas, tak przy rozmowie w domu
ktoś w żartach mnie pyta: „ty, Marcin, wziąłeś 2 tysiaki za pogrzeb ojca?”.
Po paru latach.
Potem się okazało, że tak samo za pogrzeb babci, za pogrzeb dziadka,
za ślub siostry.
Ja to wszystko odprawiałem, oni kasowali.
Za twoimi plecami?
No.
To są drobiazgi, które...
Dla mnie są to drobiazgi, bo doświadczyłem masy różnych innych rzeczy, które też mnie nie zwaliły z nóg.
Nie zachwiały wiary, natomiast ugruntowały w tym, o czym rozmawiamy.
Przede wszystkim...
Co by zrobił bóg w takiej sytuacji?
Co by zrobił ten Jezus w takiej sytuacji?
Kiedy ludzie wymyślili sobie prawo, w ramach którego kobietę można ukamienować.
Bo... No i tam bo coś.
Dzisiaj sobie ludzie też wymyślają różne prawa.
Oni też sobie wymyślają różne prawa,
w ramach których można człowieka:
napiętnować, ukamienować, zdyskredytować, skreślić.
Oni?
Oni, czyli księża.
Generalnie wymyślają tyle najróżniejszych sytuacji, które ciebie jako człowieka
wyrzucają poza nawias.
Będziesz pokazany palcem, będziesz wyśmiany,
będziesz odsunięty od wszystkiego,
będziesz się musiał czuć nikim.
A jeśli chcesz odzyskać jakąś pozycję, to będziesz musiał do nich wrócić na czworakach, na kolanach,
przypełznąć, cokolwiek zrobić.
I błagać o litość. Nie boga, ich.
Ty się na coś takiego nie godzisz.
Ja się na coś takiego nie godziłem nigdy.
Ani w swoim życiu jako dziecka małego, ani w swoim życiu jako chłopaka,
który miał różne pomysły na życie,
ani chłopaka później, ani dorosłego człowieka, ani będącego w seminarium,
ani godzinę przed święceniami,
ani w trakcie bycia księdzem,
ani później. Nigdy.
Dlaczego?
Dlatego że mam obraz przed oczami, co zrobił Pan Jezus z Marią Magdaleną.
Tam pozwolił ją zatłuc na tej ulicy?
Czy powiedział: „zaraz, zaraz, chłopaki”?
Skąd więc u księży ta łatwość?
Ze strachu.
Przed?
Stratą.
Czego?
Oni się porozumiewają językiem złożonym z dwóch słów.
Władza.
I pieniądz.
Stracić mogą i jedno, i drugie.
I jak poczują stan zagrożenia,
bardzo często kompletnie nieuzasadniony,
ale wystarczy, że poczują...
Tak są przygotowani, tak są zagospodarowani, jeśli chodzi o odczuwanie.
Wystarczy, że poczują i jest mur.
Wiadomo, co zrobić.
Wprowadzić procedury. To się dzieje lawinowo, momentalnie.
Zwykły człowiek nie ma nic do powiedzenia w takiej sytuacji.
Władza, o której mówisz, wynika z autorytetu, domyślam się.
A pieniądze?
Jak ci się powodziło jako księdzu? Ile zarabiałeś?
Jakbym się zachłysnął propozycją „mógłbyś mieć wszystko”,
to miałbym wszystko.
To, co jesteś sobie w stanie teraz wyobrazić,
niedostępnego dla kogoś, kto pracuje,
porządnie pracuje i jest wykształcony
i nawet swego rodzaju ma plecy.
Jest to niedostępne dla takiego człowieka,
natomiast jest to dostępne dla, można powiedzieć, zwykłego chłopaka,
który nie za wiele sobą prezentuje,
bo to jest bardzo dobry kandydat,
który nie za wiele sobą prezentuje.
Jest to dostępne dla niego miesiąc po święceniach,
czyli po pierwszej wypłacie.
Wystarczy być lojalnym? Posłusznym?
To chyba też da duże oczekiwania. Wystarczy nie zadawać pytań.
Wystarczy nie szukać.
Tak naprawdę to wystarczy...
Myślę, że scenariusz jest bardzo często podobny.
Wysyłają cię na parafię,
jakiś tam czas trochę cię poobserwują,
czy w ich pojęciu jesteś potencjalnym źródłem ich problemów i kłopotów.
Jak nie jesteś, to masz święty spokój na takiej parafii.
Jesteś sobie 3, 4, 5, 7 lat.
I dobrze ci się wiedzie.
Możesz mieć wszystko.
I bardzo często jest tak, że masz wszystko.
Ja wiem, że pieniądze są nośnym tematem, natomiast w tamtym środowisku to też jest tak, że...
Licytacja to jest nie tylko gruby portfel.
Licytacja to jest gospodyni.
Licytacja to są perfumy, to są wyjazdy.
Dobra gospodyni – masz na myśli to, aby dobrze zjeść czy...?
Dobrze zjeść, to można wszędzie dzisiaj.
Nie potrzeba do tego gospodyni.
Chcesz powiedzieć, że celibat to fikcja?
Ty, no to są ciężkie tematy
jak na takie spotkanie, gdzie trzeba się zebrać w dwóch zdaniach, ale...
Czasem myślałem: „po co ten celibat cały jest?”,
kiedy tak naprawdę...
Ja muszę powiedzieć, że tutaj też święty nigdy nie byłem – o tak.
Ale...
Przyszedł moment, kiedy ja potrzebowałem pogadać z księdzem,
ale nie na drugim końcu Polski czy świata,
tylko w jakiejś takiej perspektywie... Takim, którego gdzieś znam.
Który mógłby być jakimś autorytetem.
Wiesz co, i...
Tak się oddalałem 5, 10, 15, 20 km i ja nie mogłem znaleźć plebanii
takiej, na którą pojadę i się po prostu nie wkurzę.
O czym chciałeś pogadać?
No bo ja mu nie chciałem powiedzieć o tym, że ja jestem dobry, grzeczny, miły, łagodny itd.,
tylko o tym chciałem mu powiedzieć, o co ty mnie tak naprawdę dzisiaj pytasz.
Jak to jest z tym celibatem, jak to jest z tym mną,
który ja mam doświadczenia takie i takie.
No żeby on mnie przekonał.
Żebym...
poczuł, że on mówi prawdę.
Że celibat ma sens?
Że celibat ma sens na przykład,
że jest to jakaś norma, która...
porządkuje jego, księdza życie.
No to nie znalazłem takiej plebanii w swojej głowie,
na której by nie było gospodyni, która mieszka tam normalnie jak żona.
No to mówię: „po co ja tam pojadę?”.
Myślę, że wracamy do początku.
Kościół jako instytucja, czyli ta gradacja, w dużej mierze złożona kopuła z księży,
to jest jedna część,
która kompletnie sfiksowała w moim odczuciu. Kompletnie.
To nie jest ocena negatywna czy pozytywna,
tylko to jest dramat.
To jest koszmar, bo bóg tego nie wymyślił.
W tym nie ma boga.
Mówię to autentycznie, szczerze i domyślam się, że – w co wierzę – chwilę po śmierci
ja będę miał okazję bogu powiedzieć dokładnie patrząc tak samo w oczy jak dzisiaj tobie.
„Tam nie było boga”.
Nie da się być w porządku samemu z sobą, patrząc na to.
Wspomniałeś o tym celibacie.
Mówisz, że ciężko znaleźć plebanię, na której nie byłoby gospodyni...
Niech będzie. To coś się stało?
Może to nie przypadek, że zgasło światło.
W jaki sposób w takim razie księża tłumaczą sobie to, że nie przestrzegają celibatu?
Oni są przekonani, że tak jest dobrze, że tak powinno być.
Że nie ma w tym nic nienormalnego.
Rozmawiając o celibacie, trzeba powiedzieć, że rzeczywiście nie ma w tym nic nienormalnego.
Tyle. Jest człowiek, jest mężczyzna, jest kobieta...
Jakoś tam się odnaleźli w życiu, są razem, żyją razem.
I tu się pojawia problem, no bo „sobie” są w stanie to między sobą, dla siebie, dla własnego użytku...
Tam się tego nie tłumaczy, bo to jest oczywiste.
To jest do tego stopnia oczywiste, że dziwne by było, jakby było inaczej.
Jakby też nie chcę...
Ja nie chcę być, broń boże, żadną wyrocznią ani żadną instancją,
która w tej chwili wydaje jakikolwiek osąd czy wyrok,
bo to też nie jest norma. No uczciwie trzeba powiedzieć, że jest różnie.
Natomiast bardzo ciężko jest spotkać...
kogoś, kto by rzeczywiście w 100 proc., w 50 proc.,
zachowywał normy,
co do których sam podjął decyzję, że tak będzie w jego życiu.
I oczekuje tego od wszystkich
na ambonie i w konfesjonale.
I potrafi nie rozgrzeszyć, bo drobiazg.
Zdarzały mi się takie sytuacje, oczywiście nie rozmawiam o tym, ale zdarzały się takie sytuacje,
gdzie dla kogoś był to dramat, bo on nie dostał rozgrzeszenia. Spytałem dlaczego.
Jak mi powiedział dlaczego...
Powiem szczerze, że miałem chęć tę panią poprosić, żeby chwilę zaczekała
i znaleźć tego gościa, który jej tę krzywdę zrobił.
To była błaha rzecz?
A dla niej?
Dla niej to był koniec świata,
bo ona nie mogła iść do komunii.
I babki wszystkie, jej kumpelki, widzą, że ona nie idzie. I pytają czemu.
Ja doświadczyłem takich sytuacji, które ostatecznie gdzieś we mnie spowodowały, że...
Powiem teraz szczerze: ja się nawracam.
W tym momencie, kiedy zapadła decyzja, że ja do nich nie pasuję,
w ogóle wszystko i tak dalej,
ja powiem szczerze: mi spadł kamień z serca.
Ja poczułem autentyczne...
autentyczny powrót do boga.
Pomyślałem sobie: „wreszcie nie podpisuję się pod czymś,
co budzi moją odrazę,
nie podpisuję się pod czymś,
o czym nie będę wiedział, co mam kiedyś temu mojemu bogu powiedzieć”.
Spadł mi kamień z serca.
Mi ulżyło tak, jak nigdy mi do tej pory nie ulżyło.
Nie dlatego że... Oczywiście szkoda mi różnych rzeczy było.
No bo co dalej? Ale tak mi ulżyło...
Nigdy mi jeszcze tak nie ulżyło.
I nie spodziewam się, żeby mi kiedykolwiek tak ulżyło.
A dlaczego przede wszystkim? Co jest największym grzechem Kościoła?
W twoim przekonaniu.
Wyrywanie z korzeniami ducha jest największym grzechem.
Nie ma miejsca dla kogoś, kto...
jest zapatrzony w boga.
Kiedyś zażartowałem przy jakiejś tam kawie,
parunastu księży i ja,
powiedziałem, że jak dzisiaj Jezus Chrystus byłby wikariuszem na parafii,
to by go przenosili co miesiąc z parafii na parafię.
Karnie.
Jakiego rodzaju zachowania są niemile widziane w takim razie?
Jak przestajesz sprawiać pozory, że ci wszystko pasuje, to jesteś podejrzany.
Jak się nie śmiejesz, wtedy kiedy wszyscy się śmieją,
to trzeba myśleć, czy przy tobie nie milczeć.
Jak zaczniesz pytać, zadawać pytania, zaczniesz szukać, no to...
Jedna, druga taka próba.
Potem trochę presji – to jest bardzo łatwy instrument, no bo...
możesz iść z jednej parafii na drugą.
Tutaj zarabiałeś dobrze, tam nie zarabiasz nic albo prawie nic, bo i takie są.
Każdy o tym wie i nikt nie chce tam iść.
No i tak to wygląda.
Jak jesteś jednym z nich...
Do mnie dotarło po latach dopiero. Oczywiście minęły emocje, nerwy, złość...
No miał facet rację.
Nigdy nie pasowałem, nie pasuję.
Nie było dla mnie miejsca, no bo...
On sam sobie odpowiedział. I jakby też na te twoje pytania i myślę, że na niejedno nie tylko nasze.
No bo nie ma miejsca dla boga w Kościele.
W takim wymiarze, w takim kształcie, w tak zdefiniowanej strukturze nie ma miejsca
na kogoś czy coś takiego jak bóg.
Nie ma miejsca na przebaczenie.
Nie ma miejsca na „zostawiam 99 owiec i idę za jedną”. Nie ma czegoś takiego.
Nie ma takiej postawy w tych ludziach.
No bo to się łatwo mówi. Przepraszam teraz za fragment kazania.
Łatwo się mówi „zostawiam 99 owiec i idę za tą jedną”.
A gdzie ty idziesz? Jak ty nie wiesz gdzie ona jest?
Który pójdzie za zagubioną dzisiaj? Ja nie znam żadnego.
Ty byłeś księdzem, który stawiał pytania.
A jak pozostali?
Dużo pozy, udawania.
To jest codzienność, tak jest codziennie.
Jesteś już o wpół do 8 po pracy rano,
no to czymś się trzeba zająć.
No jest pogrzeb.
No to kto odprawi?
Bo ja odprawiałem tydzień temu.
Trzeba pospowiadać.
No to ten to niech nie idzie, bo on będzie spowiadał do rana, to leć ty.
No to to jest codzienność.
I jeśli to jest praca, a bardzo często jest to obowiązek jak w pracy,
no to jeśli mówisz, że jest coś smutne czy przykre,
no to oczywiście tak można to teraz określić, ale jak...
jak patrzysz na to i bierzesz w tym udział, i widzisz, i czujesz, że jest to smutne i przykre,
no to...
No właśnie, no to chcesz taki być?
Jak dziś wygląda twoje życie?
Musiałeś wiele spraw zacząć od nowa.
No właśnie. Musiałem wszystko zacząć od nowa, myślenie musiałem zacząć od nowa.
Zaczęło się od bazy przede wszystkim takiej, że – to, co wcześniej chwilę rozmawialiśmy – że jednak
bardzo mi ulżyło.
Więc jeśli tyle razy mówiłem gdzieś tam na kazaniach o nawróceniu,
to sobie tak wyobraziłem, co musi czuć człowiek, który się nawrócił.
Rzeczywiście się nawrócił.
Nie nawrócił się do Kościoła
do tego czy do tamtego, wszystko jedno do którego,
tylko spotkał Pana Boga. Nawrócił się do Pana Boga.
Poczuł...
bożą moc w swoim życiu. No więc ja się tak poczułem.
Ale to...
Miłości się do garnka nie nałoży, trzeba kartofli nakroić.
I... No właśnie.
Nowy zawód, nowa praca.
Tak, nowe wszystko.
Nowe myślenie.
Na początku to obawa właściwie przed wszystkim, no bo trzeba wyjść na ulicę.
Ja nie jestem z tych ludzi, którzy nagle gdzieś wyjadą.
No nie, ja mieszkam u siebie.
Tam gdzie mieszkałem, tam gdzie...
To też specyficzna sytuacja, bo ja tam siedem lat byłem na parafii
w tej samej miejscowości, gdzie żyłem całe życie i gdzie dzisiaj żyję.
Mam to szczęście, że...
nie rozstałem się z panami kapłanami, bo kobieta.
Chociaż święty nigdy tu nie byłem, ale nie tym razem.
Natomiast mi się życie ułożyło na tę chwilę bardzo dobrze.
Można powiedzieć: mam swoich ludzi obok siebie.
Mam pracę, w której się odnajduję.
Odżyły pasje, które gdzieś tam też już zaczynały tracić wartość jakąkolwiek – muzyka.
Zacząłem sobie pozwalać na pisanie tekstów, różnych tekstów.
Nie żałujesz?
Czego?
Decyzji.
Posłuchaj. Jak się człowiek nawraca,
to se dupy nie zwraca tym, czy jest szczęśliwy czy nie, bo jest.
Więc ja sobie nie zawracam takimi rzeczami w ogóle...
Nie mam czegoś takiego.
Ja autentycznie mam tak, że mi spadł kamień z serca.
Ja zrobiłem sobie krzywdę,
blokując swój umysł, blokując swoje sumienie, blokując swoje serce, blokując siebie tak naprawdę.
Ja miałem ciężko w życiu strasznie od dzieciaka.
Ojciec artysta, ale alkoholik.
No ciężko po prostu i tyle.
Niczego mnie nikt nie nauczył. Musiałem się nauczyć sam.
Żyć, funkcjonować, przeżywać.
I teraz nagle jest tak, że co z tym wszystkim mam zrobić?
I mi spadł kamień z serca. No bo wreszcie robię.
Się musiałem podstawowych rzeczy nauczyć.
Wziąć do ręki śrubokręt.
Nie przykręcić śrubkę, tylko wziąć do ręki śrubokręt,
bo ja go nigdy w życiu nie musiałem mieć w ręku.
A co dopiero przykręcać.
Ja się dwa miesiące zastanawiałem, jak się w łóżku coś tam zepsuło,
dwa miesiące – autentycznie – dwa miesiące się zastanawiałem, jak wziąć śrubokręt.
Jak już się w końcu odważyłem i wziąłem śrubokręt to po prostu tę śrubkę przykręciłem.
I to jest coś bardzo konkretnego, i to jest też metafora.
Bo coś, co miałem wbite do głowy, że „nie”...
Non stop był dysonans.
Ludzie są zatkani na kazaniach, a ja dostaję zakaz mówienia kazań.
„Nie umiesz nic zrobić”.
Się zastanawiam, czy śrubkę wkręcić i wkręcam.
A dzisiaj zarządzam potężną grupą ludzi,
pracowników rozrzuconych po ogromnym terenie.
I nie mam z tym problemu.
Gratuluję ci odwagi.
Dziękuję za spotkanie. Wielkie dzięki.