×

LingQ'yu daha iyi hale getirmek için çerezleri kullanıyoruz. Siteyi ziyaret ederek, bunu kabul edersiniz: çerez politikası.

image

LO-teria - Małgorzata Karolina Piekarska, PIÓRO (1)

PIÓRO (1)

– Marcin! Ja chcę takie pióro! Prawie wszyscy w klasie mają! – krzyczał Mateusz, podskakując w miejscu jak piłka do koszykówki.

Stali w sklepie papierniczym, w przejściu podziemnym pod rondem Waszyngtona. Mateusz właśnie skończył dziesięć lat. Odstające uszy, skryte pod jasnymi, trochę dłuższymi i kręconymi włosami, oraz wesołe ogniki w oczach zdradzały żywą naturę. Teraz tak skutecznie wiercił Marcinowi dziurę w brzuchu, że ten uległ. Ojciec, dając Mateuszowi pieniądze na urodziny, zastrzegł, że prezent ma być kupiony pod okiem starszego brata.

– Żeby nie poszło na bzdury – zaznaczył, dorzucając stówę do tego, co Mateusz dostał od ciotek, babek i Agnieszki, a co łącznie dawało takie pieniądze, jakich Marcin nigdy nie dostał.

Oj, ta Agnieszka! Kobieta ewidentnie leciała na ojca i najwyraźniej chciała go kupić miłością do jego dzieci. Czy prawdziwą? Marcin często się nad tym zastanawiał. W końcu facet z czwórką dzieci to kłopot. Czy naprawdę Agnieszka jest w stosunku do ojca szczera?

W każdym razie to pieniądze między innymi od niej pozwoliły na kupienie Mateuszowi konsoli do gier, o której marzył, a także pudła klocków Lego, matchboxa Suzuki Grand Vitara, książki duetu Sempé i Gościnny o Mikołajku, paru drobiazgów i parkerowskiego pióra kulkowego. Wyproszone, wymarzone pióro kulkowe było granatowe. Takie samo miał tylko jeden kolega z klasy Mateusza – Piotrek.

Marcin wyczuwał, że między mieszkającymi w tym samym bloku chłopcami toczy się jakaś rywalizacja. O! Jakże świetnie to rozumiał. Czy on w dzieciństwie nie rywalizował z Rafałem? Niestety, częściej to Rafał był górą. Jak się sprawy mają w przypadku młodszego brata i jego kumpla? Marcin miał nadzieję, że Mateuszowi czasem udaje się być w czymś lepszym.

Gdy wieczorem wszedł do pokoju młodszego brata, Mateusz spał z grą koło poduszki i piórem w dłoni. Delikatnie rozgiął mu palce i wyjąwszy pióro, położył je na biurku.

„Jak to fajnie, że cieszą go takie drobiazgi” – pomyślał, zamykając drzwi.

* * *

– Marcin Niewiadomski! Do gabinetu dyrektora szkoły! – Głos woźnego Tkaczuka przerwał ciszę w klasie piszącej pracę z historii.

– Ale… trwa klasówka! – zauważyła profesor Janecka

– To bardzo pilna sprawa – powiedział woźny takim głosem, jakby to on był dyrektorem szkoły i wydawał polecenia.

– Prosiłabym, panie Józefie, by pan spytał dyrektor Marczak, czy rzeczywiście obecność Niewiadomskiego w tym momencie jest konieczna. Czy sprawa nie może poczekać do przerwy. Przecież to za kwadrans. Jeżeli pan nie wróci zaraz, to znaczy, że Niewiadomski może pójść do gabinetu na przerwie.

Woźny nie wrócił. I choć wyraźnie znaczyło to, że nic strasznego się nie stało, to jednak do końca klasówki Marcin nie mógł się skupić. Pewnie dlatego nie był potem pewien, czy dobrze odpowiedział na pytania dotyczące porozumień sierpniowych, okrągłego stołu, sejmu kontraktowego i pierwszych wolnych wyborów. W głowie miał mętlik. Po co jest wzywany? Sprawa wyjaśniła się już na przerwie.

– Marcin, dzwoniono ze szkoły twojego brata Mateusza… – zaczęła dyrektor Marczak. – Ale się nie denerwuj, bo nic złego się nie stało – wyjaśniła, widząc przerażoną minę Marcina. – Proszono tylko, żebyś natychmiast tam przyszedł, bo podobno wasz ojciec wyjechał i …

– Tak – przerwał Marcin. – Gluty są pod moją opieką.

– Hmmm… Gluty? – spytała dyrektor i spojrzała na Marcina mocno rozbawiona.

– A co się stało? Dlaczego nie zadzwoniono na komórkę?

– Podobno masz wyłączoną – odparła dyrektorka pogodnie i uśmiechnęła się, chcąc chyba tym swoim promiennym uśmiechem uspokoić Marcina. – Mnie to zresztą cieszy, bo wiele razy mówiłam, że komórka w szkole powinna być wyłączana.

Marcin sięgnął do kieszeni i stwierdził, że rzeczywiście wyłączył telefon. Próba włączenia się nie powiodła. Pewnie bateria się rozładowała. Dopiero teraz uświadomił sobie, że wczoraj wieczorem zajęty powtarzaniem historii zapominał ją naładować.

– Ale co właściwie się stało? – spytał już z mniejszym niepokojem.

– Wiesz… – zaczęła dyrektor i nagle… najwyraźniej nieoczekiwanie dla samej siebie, parsknęła śmiechem. – Jak ja się cieszę, że nie uczę w podstawówce – powiedziała i po chwili dodała: – Brat był po prostu niegrzeczny. Jak to dziecko. Nic groźnego…

* * *

Podstawówka u zbiegu Saskiej i alei Stanów Zjednoczonych prawie nie zmieniła się od czasów, gdy Marcin się tu uczył. Ten sam gabinet dyrektorski, te same klasy. Kiedyś bywał tu codziennie. Teraz raz w miesiącu na wywiadówkach u Mateusza. Zaczął na nie chodzić tuż po śmierci mamy. Ojciec ciągle pracował, a potem więcej czasu spędzał z Agnieszką niż z nimi. Marcinowi było przykro, ale wszelkie próby zwrócenia ojcu uwagi kończyły się tym samym: „Nie wtrącaj się, gówniarzu!”.

Teraz przekraczał próg szkoły z bijącym sercem. Co też Mateusz zmalował?

– Siadaj – powiedziała dyrektor Zdzieszyńska, pokazując Marcinowi krzesło.

Nie ruszył się z miejsca. Głupio siąść w obecności dyrektorki. Nawet jeśli to tylko była dyrektorka i jego życie nie zależy od jej dobrego lub złego humoru. Zwłaszcza że zawsze traktowała go tak oschle.

– Siadaj! – powtórzyła z naciskiem. – Przecież już jesteś dorosły, więc tak cię traktuję – dodała, jakby chcąc wytłumaczyć, czemu kiedyś bez przerwy kazała mu stać, a teraz nagle żąda, by usiał. – Z Mateuszem trzeba porozmawiać. I w związku z tym mam prośbę. Najbardziej wychowawcze to wszystko będzie wtedy, gdy ja go tu wezwę i on sam ci opowie, co zmalował. Potem on wyjdzie, a my się naradzimy. Dobrze?

– Tak – wyjąkał Marcin. – W końcu pani się zna. Ja to… wie pani… staram się jak mogę…

– Wiem – odparła dyrektor, a Marcin miał wrażenie, że patrzy na niego inaczej niż wtedy, gdy jako dziesięciolatek trafił tu na poważną rozmowę z powodu zbitej szyby. – Dlatego chcę ci pomóc. Niech on sam ci opowie, ty się nie odzywaj.

Po chwili do gabinetu wszedł Mateusz. Stanął pod ścianą i spuścił głowę.

– No, powiedz swojemu najstarszemu bratu, co zrobiłeś – zaczęła dyrektor Zdzieszyńska karcącym tonem. O! Jak dobrze Marcin go znał. Minęło prawie sześć lat, a pewne zdania wypowiedziane tym tonem brzmiały mu w uszach, jakby padły dziś. – A ty wiesz, że twój brat w tym roku zdaje maturę? Że nie powinieneś mu przysparzać zmartwień, bo się zdenerwuje i mu przez ciebie słabo pójdzie? Dziś miał ważną klasówkę i w jej trakcie został tu wezwany – to mówiąc, dyrektor Zdzieszyńska mrugnęła do Marcina porozumiewawczo. A on mało nie spadł z krzesła. Skąd też ona wie o klasówce? A może tylko tak blefowała? Porzucił jednak te dywagacje, bo Mateusz płaczliwie zaczął się tłumaczyć:

– Bo Piotrek mówił, że to jego pióro, a to było moje pióro, bo dostałem takie samo. Marcin świadkiem!

– No i co było dalej? – indagowała dyrektorka.

– I zaczęliśmy je sobie wyrywać i ja niechcący zrobiłem z Piotrka wieloryba! – wyrzucił z siebie Mateusz jednym tchem.

– Jakiego wieloryba? – spytał Marcin kompletnie zaskoczony.

– No, Piotrek… ale to się stało niechcący… – zaznaczył Mateusz i do końca opowieści co chwila podkreślał, że to, co się stało, nie było przez niego zaplanowane. – Nadział się na pióro… ale naprawdę niechcący… i ono mu się w głowę wbiło, ale tak lekko… naprawdę. I przez tę dziurę w głowie, ale taką malutką, naprawdę! Ta krew mu tak tryskała… jak… jak… wielorybowi. Bartek powiedział, że widział w telewizji, że wieloryby też mają takie dziurki. Tylko im tak długo leci woda, a jemu tak krótko… tak plum i plum… leciała krew, ale to wszystko niechcący… naprawdę! – dodał Mateusz z mocą, choć całą historię opowiadał coraz bardziej płaczliwie, zamaszyście przy tym gestykulując.

Learn languages from TV shows, movies, news, articles and more! Try LingQ for FREE