Przypadek, 3
— Dziękuję i przepraszam za przerwanie toku rozmyślań.
Tamten uśmiechnął się blado i zmarszczył czoło, jakby coś sobie przypominając.
— Rzecz szczególna — odpowiedział z namysłem — mam wrażenie, żeśmy się już raz gdzieś w życiu widzieli.
Zabrzeski zdziwił się:
— Prawdziwie, nie mogę sobie przypomnieć.
— Hm… i moje wspomnienie jest mętne i jakby zatarte. Zdaje mi się, że niedawno ktoś do pana bardzo podobny w zupełnie ten sam sposób, *i to w pociągu*, „pożyczał” sobie ode mnie „ognia”. Sytuacja obecna wydaje mi się dosłownym powtórzeniem jakiejś innej, którą raz już przeżyłem, i to jakby niedawno.
Zabrzeski nie spuszczał zeń oczu.
— Może we śnie widział pan twarz podobną do mojej. Zdarza się nieraz, że takie senne pierwobrazy powtarzają się względnie realizują potem na jawie.
— Być może — przyznał Łuniński wpatrując się uważnie w rysy rywala — być może, że śniłem…
— Nie jest też wykluczone zjawisko tzw. „fałszywego rozpoznania”, obserwowane dość często u osób wrażliwych i hipernerwowych. „Powtórzenie sytuacji” w tych wypadkach jest pozorne i wynika z intensywności przeżycia, które momentalnie przesuwa się w perspektywę przeszłości i rejestruje na ekranie pamięci jako rzecz dawno już przeżyta.
— Nie sądzę — rzekł Łuniński — przynajmniej w tym wypadku. Tu chyba nie można mówić o intensywności przeżycia, tak w istocie swej błahego.
— Ma pan rację. Więc…
— Więc chyba śniłem… Hm… to dziwne jednak, po co i dlaczego? Co nas obu może łączyć ze sobą?
Zabrzeski pochylił się, by ukryć uśmiech, który przewinął mu się po wargach.
— Zresztą można czasem śnić i na jawie — wtrącił niby od niechcenia.
— Na jawie? Nie rozumiem.
Chyba użył pan tego wyrażenia w znaczeniu przenośnym?
— Bynajmniej. Miałem na myśli pewien specjalny stan psychiczny na pograniczu między snem a jawą.
Łuniński poruszył się niespokojnie. Jego smutne siwe oczy spoczęły na Zabrzeskim z wyrazem zdumienia i ukrytego lęku.
— W każdym razie musiałby to być jakiś stan anormalny? — zapytał z wahaniem.
— Niewątpliwie. Wywołać go może zbytnie nasilenie myśli lub nadzwyczajne napięcie uczuciowe.
W tej chwili pociąg, który w ciągu ostatnich słów rozmowy zwolnił biegu, zatrzymał się przed stacją.
— Tulczyn! — przesiąkł spoza okna głos konduktora. — Tulczyn!…
Zabrzeski odruchowo zerwał się z miejsca i sięgnął po walizkę. Był u celu podróży. Tutaj zwykle wysiadał, by po spędzeniu nocy w nędznym, prowincjonalnym hoteliku wrócić nazajutrz rannym pociągiem do domu.
— Pan już wysiada? — zapytał Łuniński.
— Właściwie jestem na miejscu; mam bilet do Tulczyna.
Zawahał się. Ogarnęło go niezdecydowanie. Przyszła nagle myśl, że gdy teraz wysiądzie, „spotkanie” nie będzie miało właściwie żadnego „sensu”. Rozumiał, że jeżeli teraz usunie się z drogi, całe to zdarzenie zapowiadające się tak interesująco spełznie na niczym i „zrobi fiasko”. W momencie rozstrzygającym zrodziła się *demoniczna* chętka, by nie dopuścić do zbanalizowania nastręczonej przez dziwny przypadek sytuacji. Zresztą nie chciał „uciekać”. Jego duma nie pozwalała na to. Zdjął kapelusz, umieścił walizkę z powrotem w siatce i zajmując poprzednie miejsce, oświadczył spokojnie zdumionemu trochę jego ruchami inspektorowi:
— Zmieniłem zamiar i jadę do stacji końcowej na tej linii. W tej chwili przypomniałem sobie właśnie, że muszę być jeszcze w tym tygodniu we Wrębach.
— Ach, tak — przyznał rację tamten — oczywiście należy wyzyskać sposobność, jeśli się już jest na tej przestrzeni. Musi pan tylko zgłosić dopłatę konduktorowi.
— Drobnostka. Zresztą — dodał z uśmiechem — nie lubię przerywać rozmowy, która mnie zajęła.
Łuniński skłonił się uprzejmie:
— Jestem szanownemu panu wielce zobowiązany za dotrzymywanie mi w dalszym ciągu towarzystwa. Temat przez nas poruszony i mnie nadzwyczajnie zainteresował. Ponieważ jadę aż do Leszna, sądzę, że czasu będzie dość do dokładnego roztrząśnięcia problemu.
— O, aż nadto — zapewnił Zabrzeski zapalając świeżego papierosa.
Tymczasem pociąg ruszył w dalszą drogę. Przed oczyma jadących zaczęły rozwijać się pierwsze akordy gór.
— Przypuszczam — podjął rozmowę mąż Stachy — że ów stan anormalny, o którym pan wspomniał, nie jest połączony z pełną świadomością danego osobnika.
— Naturalnie, jak w ogóle przy każdym choćby tylko częściowym rozszczepieniu jaźni.
— Więc zachodzi tu pewne rozszczepienie?
W pytaniu Łunińskiego drgał ton jakby obawy.
— Ależ tak — to zupełnie jasne — podtrzymywał złośliwie swe zdanie Zabrzeski. — Proszę wyobrazić sobie, że ktoś, opanowany jakąś wyłączną myślą, „wybiera się” duchem swym, że się tak wyrażę, „na zwiady”.
Łuniński oparł ciężko rękę o ramę okna i podniósłszy się z miejsca, pochylił się twarzą ku twarzy przeciwnika. W oczach jego, przed chwilą zamyślonych, czaił się teraz strach przed czymś nieznanym i jakby tłumiony gniew.
— „Na zwiady”, powiedział pan? Jakież to „*zwiady*” miał pan na myśli?
Zabrzeski uśmiechnął się z przymusem:
— Nie wiem. Mówimy przecież w ogólnikach: teoretyzujemy. To zależy od treści myślowej odnośnego indywiduum.
— No, tak — odetchnął z ulgą Łuniński. — Przepraszam pana; wziąłem rzecz zbyt osobiście. Ale ma pan tak sugestywny sposób rozsnuwania swych poglądów i przemawia pan stylem tak dosadnym…
— Ależ bagatela, panie inspektorze — uspokajał go pół drwiąco, pół zagadkowo uśmiechnięty rywal — mogę być tylko dumny z osiągniętego wrażenia.
Zaciągnął się dymem z papierosa i spuściwszy ramę okna, wyrzucił niedogarek. Sytuacja zaczęła być zajmującą. Bawiła go ta gra w ciuciubabkę z nie przeczuwającym nic przeciwnikiem. Odczuwał złośliwą radość na myśl, że igra bezkarnie z tym człowiekiem, z którym musi dzielić miłość Stachy. Cały urok zabawy polegał właśnie na tym, że mógł w każdej chwili, jak ślimak, wciągnąć w siebie zbyt już natarczywie wystawione rogi, by po czasie znów dźgnąć przeciwnika zatrutym żądłem przypuszczeń. A tamten jakby naumyślnie wystawiał się na wciąż nowe ciosy.
— A jakiż cel mogą mieć owe pańskie przeszpiegi? — podtrzymywał w dalszym ciągu temat.
— Zwiady — poprawił go grzecznie, uśmiechając się, Zabrzeski.
— Mniejsza o nazwę. Otóż jakie, zdaniem pańskim, mogą być zamiary takiego psychicznego rekonesansu?
— To znów zależy od okoliczności, które go wywołały. Może ktoś chcieć wytropić wroga, wyśledzić ruchy osoby, na której mu szczególnie zależy, lub…
Tu zawahał się na chwilę, niepewny, czy zadać cięcie od razu, czy też zachować na później.
— Lub co? — nalegał Łuniński.
— Lub ostrzec kogoś w porę, ewentualnie zagrozić mu.
— A to w jaki sposób?
— Sposoby bywają rozmaite — mówił wolno coraz spokojniejszy Zabrzeski. — Można w kimś wzbudzić głuche a nieokreślone przeczucie przed czymś grożącym lub, jeżeli środek nie skutkuje, wywołać chwilowe *przywidzenie* lub rodzaj *momentalnej wizji za pośrednictwem osoby trzeciej*.
— Nie rozumiem.
— Można własną maskę nałożyć chwilowo na twarz cudzą i w ten sposób objawić się komuś, na kim mocno zależy.
Przeciwnik zbladł jak płótno.
— Czy coś podobnego jest możliwym? — wyszeptał przecierając drżącą dłonią czoło.
— Najzupełniej — zapewnił Zabrzeski. — Przy tym cały ten proces może odbyć się całkiem podświadomie; wywiadowca może o swoim czynie psychicznym nic nie wiedzieć. Niemniej cel swój osiągnął: ostrzegł, zagroził lub odstraszył.
Łuniński utopił błędne spojrzenie w twarzy kochanka swej żony.
— Skąd pan może wiedzieć o tym wszystkim? — szeptał na pół przytomny. — Mówi pan do mnie rzeczy tak dziwne i tak mnie obchodzące… Chwilami zdaje mi się, że budzi pan we mnie drzemiące od pewnego czasu senne majaki, cuci je, ożywia, wlewa w nie krew tętniczą… chwila jeszcze… chwila — a przyobleką się w ciało.
Przeciągnął ręką po czole, które sfałdowało się w głębokie, bolesne bruzdy. Jakaś myśl przykra, męcząca znać, lęgła się pod czaszką i dobijała do świadomości. Zabrzeski przezornie przyłożył chłodne ostrze lancetu do wątłej jeszcze tkanki i zniszczył niebezpieczną zaródź.
— Jestem z zawodu psychiatrą — skłamał bez zająknienia — zagadnienia, które rozstrząsamy, z natury rzeczy muszą mnie interesować. Dość dużo czytałem w tej materii. Przy tym codzienna praktyka wyrabia sprawność w tym kierunku. Rutyna, panie inspektorze, rutyna zawodowca.
— Szczególne spotkanie — rzekł półgłosem, jakby do siebie, Łuniński.
Rozmowę przerwało wejście konduktora. Spostrzegłszy przełożonego, funkcjonariusz oddał mu należny ukłon, po czym zwrócił się trochę zdumiony do cywilnego gościa:
— Pan nie wysiadł w Tulczynie?
— Pan doktor — wyręczył go w odpowiedzi Łuniński — jedzie dalej aż do Wrębów i zgłasza dopłatę.
— Wszystko w porządku — odparł Stogryn przykładając rękę do czapki — zaraz obliczę należytość i wystawię bilet.
W parę minut potem znów pozostali sami. Inspektor zdjął płaszcz i rozpiął parę guzików przy obcisłej urzędowej bluzie.
— Gorąco tu jak w łaźni — tłumaczył się, pochylając twarz ku oknu, by zaczerpnąć powietrza.
— Rzeczywiście — przyznał towarzysz. — Lepiej może było jechać w stroju cywilnym; mundur zbyt krępuje swobodę ruchów.
— Niestety. Nie mogłem inaczej. Jadę w sprawie urzędowej.
— Ach, tak.
— Przykra misja — objaśnił po chwili. — Jako rzeczoznawca muszę wydać opinię w sprawie niebezpiecznego sabotażu, który zdarzył się wczoraj pod Lesznem.
— Istotnie niemiła historia.
— Tym bardziej, że poza sprawcą głównym stoi, zdaje się, kilku innych, i to prawdopodobnie sami kolejarze. Wśród funkcjonariuszy stacyjnych podobno nastrój dla władz nader nieprzychylny.
— Należy być ostrożnym — zauważył Zabrzeski.
Tamten uśmiechnął się:
— Damy sobie radę. Lecz ostrożność nie zawadzi. Na wszelki wypadek wziąłem z sobą broń. Może pan zechce przypatrzyć się bliżej temu bawidełku?
I wyciągnąwszy ze skórzanego olstra ślicznie inkrustowaną krócicę, podał ją do oglądnięcia.
— Przepyszna broń! — pochwalił ze szczerym uznaniem rywal, biorąc pistolet do ręki. — Co za robota! Co za wykończenie!
— Pamiątka rodzinna — objaśniał zadowolony z pochwał właściciel. — Rękojeść sięga podobno czasów wyprawy wiedeńskiej, armaturę kazał później przerobić mój ojciec.
Zabrzeski okiem znawcy oglądał części składowe.
— Istne cacko! — unosił się w dalszym ciągu. — Co za bajeczne okładki!
I z lubością przesuwał palce po gryfie z kości słoniowej, inkrustowanej perłową masą.
— Ostrożnie! — ostrzegł nagle Łuniński. — Nabity!
— Proszę być spokojnym — zapewnił tamten badając wylot. — Umiem obchodzić się z bronią. Pi, pi! Świetna cyzelatura!
Właśnie wtedy pociąg, zwolniwszy biegu, wjechał w las. W czworokąt otwartego okna wpadły smukłe sylwety brzóz, ważkie, barczyste dębów i białe trzony olch. Słodki, sierpniowy zachód całował ich szczyty…
Zabrzeski podniósł na chwilę oczy i zanurzył zamyślone spojrzenie w gęstwę drzew. Wtem zwrócił jego uwagę jakiś duży ptak, który na rozpostartych szeroko skrzydłach leciał brzegiem lasu, jakby współzawodnicząc z pociągiem. W Zabrzeskim odezwała się nagle namiętność myśliwca i chęć popisania się swą zręcznością przed rywalem.
— Widzi pan tego jastrzębia? — zwrócił się ku inspektorowi, równocześnie podnosząc ku oknu krócicę.
— Co pan zamierza? — zapytał Łuniński, chwytając go za rękę. — Z pociągu nie wolno strzelać! Zrobi się awantura. Możemy mieć grube nieprzyjemności.
Lecz tamten jakby nie słysząc naciskał już sprężynę.
— Panie! — protestował inspektor. — Ja na to pozwolić nie mogę!
I usiłował wydrzeć mu broń z ręki. Wśród szamotania się, jakie stąd wynikło, lufa krócicy skręciła się o fatalny kąt. Wtedy padł strzał…
Na twarzy Zabrzeskiego zaświtał niby uśmiech, niby zdumienie i nagle wypuszczając z palców pistolet, bez słowa, bez jęku zwalił się wstecz na poduszki siedzenia.
— Co to panu? — zawołał zmienionym głosem Łuniński. — Pan ranny?
I rzucił się ku niemu, by zatamować krew, która wąską strugą sączyła się po kamizelce. Wtedy spostrzegł wystającą z wewnętrznej kieszeni jego żakietu fotografię Stachy… Ból ostry, przenikliwy zatargał nim do posad i skrzepł gdzieś zmrożony momentem grozy. Utopił spojrzenie szalone od gniewu i męki w twarzy rywala…
Lecz ten już mu na nie nie odpowiedział — znieruchomiałe oczy jego zaszły już od chwili bielmem śmierci.