×

Vi använder kakor för att göra LingQ bättre. Genom att besöka sajten, godkänner du vår cookie-policy.

Registrera dig gratis
image

Licencja na dorosłość - Małgorzata Karolina Piekarska, IMIĘ

IMIĘ

Kamila przez chwilę myślała, że źle słyszy. Maurycy? Ale po chwili to samo imię Malwina wypowiedziała ponownie.

„Kto to jest? Maurycy?” – myślała, próbując dojrzeć z okna postaci bawiące się na śniegu na posesji Olka. Ale wszystkie były zakapturzone, w czapkach i szalikach. Na pewno ta wysoka to był Olek. Ta średnia to Malwina, ale ta mała… To powinien być Kamil, bo nawet wzrostem pasował. A tymczasem mówili do niego: „Maurycy”.

– Pewnie ktoś do nich przyjechał w gości – szepnęła Kamila do siebie i odeszła od okna.

* * *

Nie rozmawiała z Olkiem od wielu miesięcy. To znaczy mówili sobie „cześć”, gdy spotkali się na ulicy czy przed swoimi domami, ale poza tym nie utrzymywali kontaktów. Mama Kamili była na nią z tego powodu zła i w ogóle tego nie kryła. Kamila wielokrotnie wysłuchiwała jej kazań, w których padały zarzuty, że potraktowała Olka okropnie.

A przecież mama tak naprawdę niewiele wiedziała o ich wzajemnych relacjach. Kamila często miała wrażenie, że gdy rodzicielka okazuje jej dezaprobatę, to tak naprawdę rekompensuje sobie własną niezrealizowaną miłość do Olkowego ojca, którego kiedyś odtrąciła. Przecież dopiero wtedy, gdy było już za późno, bo związał się z ciocią Ireną, zwróciła na niego uwagę. Dobrze, że babcia kiedyś jej o tym opowiedziała. Świadomość tego, gdzie tkwi źródło sympatii matki dla Olka, była dla Kamili bardzo ważna.

Odtrącony Olek nie narzucał się jej. To było oczywiście do przewidzenia, chociaż… trochę denerwowało. Kamila lubiła, gdy o nią zabiegano. Bo niby Olka nie chciała, ale… miło, gdyby jednak nadal o nią walczył. A tu nic…

Na szczęście był Marcin, który fascynował ją coraz bardziej. Żałowała tylko, że on też o nią nie zabiegał, wręcz przeciwnie. Kamila często miała wrażenie, że to ona zabiega o niego. W każdym razie… był. Kamila zauważyła wprawdzie, że wspólnie spędzany czas upływa im przeważnie na udowadnianiu sobie, że jedno z nich nie ma racji. I z reguły racji nie miała Kamila. Przychodziły wprawdzie momenty, kiedy Marcin mówił: „Okej! Wygrałaś!”, ale Kamila odnosiła wrażenie, że to mówione na tej samej zasadzie, na jakiej babcia przegrywała z nią w chińczyka, gdy Kamila była pięciolatką. Po prostu Marcin jej ustępował, ale… swoje wiedział. I ona to czuła.

Co w Marcinie ją fascynowało? Chyba ta odpowiedzialność. Ileż razy, gdy umawiali się gdzieś na mieście, Marcin zaznaczał, że musi wrócić o konkretnej porze, bo… na głowie ma Magdusię i Mateusza. Wprawdzie często Kamilę to denerwowało, ale… podziwiała, jak dzielił swój czas między studia, rodzeństwo i ją.

Przede wszystkim jednak wydawał jej się pociągający i niesłychanie męski. Zwłaszcza gdy porównywała go z Olkiem, który choć wysportowany, to do wszystkiego musiał mieć odpowiednie narzędzia, a Marcin… kombinował i bez młotków czy śrubokrętów rozwiązywał problemy w postaci zepsutego krzesła, obruszonej klamki i tak dalej.

Pewnie dlatego drażniło ją, że jej koleżanka ze studiów, Weronika Oleńska, miała na temat jej facetów inne zdanie. Olka poznała w czasie roku akademickiego na jakiejś imprezie studenckiej i złożyła Kamili gratulacje. Powiedziała, że jest świetny i wysportowany. Ujrzawszy Marcina, nie okazała entuzjazmu. Gdy odwiedzili Weronikę w jej kawiarence, Kamila usłyszała potem od koleżanki, że przywlokła ze sobą… owłosionego małpiszona. Dokładnie tak wyraziła się Weronika, gdy Marcin poszedł na chwilę do toalety.

– Owłosionego małpiszona? – Kamila była zdumiona. – Czemu tak mówisz?

– No ta jego broda to jakiś koszmar! I jeszcze zza koszuli przy kołnierzyku wystają mu kudły. Pewnie rosną na piersi. Jak u Tarzana.

– A mnie się to podoba i mnie kręci… – szepnęła Kamila, uśmiechając się i posławszy Weronice spojrzenie, które miało oznaczać: „Nie wiesz, co dobre, kretynko”, dodała: – Olek na klacie jest łysy jak bobas albo sklepowy manekin.

– No tak – odpowiedziała ironicznie Weronika. – Co ja się dziwię… W końcu Lady Chatterley też kręcił gajowy.

Kamilę zatkało. Nie czytała wprawdzie powieści Lawrence'a, ale widziała film. Lady Chatterley? Nie była przekonana, czy to dobre porównanie.

– Przecież to nie gajowy – powiedziała. – On studiuje pedagogikę i…

– Ale jak lord nie wygląda. I po pedagogice lordem nie zostanie – wypaliła Weronika, ale przystopowała, widząc minę Kamili. – No nie bocz się i nie gniewaj. W sumie to żartowałam.

Kamila jednak wcale nie była tego pewna. Miała wrażenie, że Weronika nie żartowała, a przyczyna jej niechęci do Marcina leży w jego… sytuacji materialnej. Kamila kilka razy słyszała od Weroniki, że szkoda tracić czas na kolegów z roku, którzy są goli jak święci tureccy. A Marcin do krezusów nie należał. Do knajpy podjechali samochodem Kamili. Weronika na pewno przez szybę widziała ich, jak wysiadali z auta, bo zaparkowali jakieś dwa metry od drzwi. Zresztą, gdy tylko weszli do środka, Kamila podchwyciła pogardliwe spojrzenie, jakie koleżanka posłała Marcinowi. Albo to, które posłała mu, gdy Marcin zaczął się dopytywać, czy w knajpie nie potrzebują kogoś do pomocy, bo chętnie dorobiłby parę złotych.

– Człowieku! Ja tu nie pracuję dla paru złotych, ale po to, by móc pogadać w obcych językach z klientami – powiedziała Weronika takim tonem, jakby jej motywacja do pracy w knajpie była oczywista.

– No, ale coś tam zarabiasz… – Marcin był zmieszany.

– Coś zarabiam, ale utrzymać się z tego? – Weronika wydęła usta. – Zapomnij! – I wracając do roli barmanki, spytała: – Co pijecie?

– Wodę – powiedział Marcin, a fakt, że zdecydował za siebie i Kamilę, sprawił, że stracił kolejne punkty u Weroniki, która nie wiedziała przecież, że już w aucie ustalili, że napiją się wody, chwilę pogadają i pójdą.

Kamilę reakcja Weroniki na Marcina mocno zdenerwowała. Lubiła mieć coś, czego ludzie jej zazdroszczą. Obojętne, czy była to torebka, czy zegarek, czy… chłopak. Olka zazdrościli, a Marcina?

Gdy następnego dnia spotkała Weronikę na uczelni, ta spytała:

– Jak tam ten twój Mietek? Nie zbankrutował na wodę dla ciebie?

– Weź przestań – powiedziała Kamila, zaciskając zęby, i dodała: – Marcin. On ma na imię Marcin.

Była zła. Nie tylko z tego powodu, że Weronika przekręciła jego imię. Bardziej dlatego, że okazywała Marcinowi, a tym samym jej, pogardę. A przecież jeszcze nie tak dawno Kamili wydawało się, że są sobie równe i jeśli ktokolwiek komukolwiek imponuje, to ona Weronice. Czyżby z powodu zamiany Olka na Marcina to się zmieniło?

* * *

– Trochę zarozumiała ta twoja koleżanka – powiedział Marcin, gdy spotkali się po zajęciach.

Czekał na Kamilę przed budynkiem na Dobrej. Weronika minęła go, wychodząc, i choć powiedział jej „cześć”, nawet nie skinęła mu głową. Gdy wspomniał o tym Kamili, zacisnęła zęby. Była wściekła, ale… na Marcina. Że też nie zrobił nic, by Weronice zaimponować. I chyba z tej bezsilnej wściekłości powtórzyła Marcinowi słowa Weroniki o nim. I te, które koleżanka wypowiedziała, gdy Marcin poszedł do toalety, czyli o owłosionym małpiszonie, Tarzanie i lordzie, a także te dzisiejsze, że zbankrutował na wodę. No i że przekręciła jego imię na Mietek. Ale ku zdumieniu Kamili Marcina to wszystko ubawiło.

– To kretynka jest – podsumował, przytulając Kamilę. – Jak to ci ulży lub w czymkolwiek pomoże, to nazywaj ją Wiesława. Na to samo wyjdzie.

– Ale ja nie chcę, by ona się ze mnie nabijała…

– A ona będzie, kiedy zauważy, że ciebie to rusza – stwierdził Marcin i spojrzawszy jej w oczy, spytał: – Chyba że naprawdę przejmujesz się tym, co ona mówi.

– No wiesz…

Marcin odsunął się. Popatrzył na Kamilę. Po raz kolejny łapał się na myśli, że traci z nią czas. Są z różnych światów. Ona potrzebowała modnych klubów, kosmetyków, drogich ciuchów i konwersacji w obcych językach, a to zawsze była jego pięta achillesowa. O drogich ciuchach, klubach już jej powiedział, by zapomniała. Stało się to przy okazji historii z pudełkiem na śniadanie dla Magdusi. Pudełkiem, które sprawiło tyle kłopotów, a którego odkupienie kosztowało go kupę pieniędzy. I choć potem rodzice tej dziewczynki, która je połamała, zwrócili mu koszty, to przez chwilę czuł się jak dziad, bo nie stać go było nawet na wodę mineralną. A teraz dochodziła do tego Weronika…

– Urody sobie nie zmienię – rzucił do Kamili. Chciała go przytulić, ale odsunął ją od siebie. – Będę zarośniętym małpiszonem i tyle.

– To akurat mnie kręci – powiedziała, wyciągając rękę.

Nie podał jej swojej.

– Wiem – mruknął bardziej do siebie niż do niej i dodał: – Tyle że rzeczywiście skończenie pedagogiki nie gwarantuje mi kokosów. Ty jednak musisz zastanowić się nad sobą. Czego ty chcesz?

– Ciebie… – szepnęła.

– Na razie cię kręcę, ale co zrobisz, jak przestanę?

– Nie przestaniesz… – Kamila chciała pogłaskać go po brodzie, ale przytrzymał jej dłoń, łapiąc za nadgarstek.

– Chemia między ludźmi podobno trwa dwa lata… Przemyśl to. Nie mam czasu ani ochoty na bycie czyjąś zabawką. Zwłaszcza że do tej pory nie powiedziałaś o mnie rodzicom…

– Skąd wiesz? – spytała.

– Nie rób ze mnie idioty – powiedział, patrząc na nią z politowaniem.

I pokiwawszy głową, poszedł w kierunku Krakowskiego Przedmieścia, nie oglądając się za siebie.

Kamila została sama. Nie pobiegła za nim, bo czuła, że Marcin ma rację. Nie powiedziała rodzicom. I nie trzeba było być Sherlockiem Holmesem, by to wiedzieć. Ileż to razy przy nim rozmawiała z rodzicami i na ich pytanie, gdzie jest, odpowiadała, że u koleżanki.

– Ładna ze mnie koleżanka – zażartował raz Marcin, gdy skończyła rozmawiać. Pogłaskał się wtedy po brodzie, a po chwili udawał, że przymierza jej stanik, który pół godziny wcześniej zdjął z niej i rzucił na podłogę koło swojego łóżka. Nie mieli zbyt wiele czasu dla siebie. Za dwie godziny trzeba było odebrać ze szkoły Magdusię.

Kamila przypomniała sobie tę scenę i… powlokła się noga za nogą do stacji metra przy Świętokrzyskiej. Marcin jest ważny i miał rację. Pies drapał Weronikę i jej zdanie na ten temat. No i musi powiedzieć o nim rodzicom.

* * *

Do rozmowy z mamą szykowała się długo. Żałowała, że babcia pojechała do sanatorium, bo może gdyby najpierw porozmawiała z nią, to łatwiej byłoby jej przeprowadzić tę rozmowę, którą miała przed sobą. Jak przedstawić mamie Marcina? Jak go zareklamować? Jak powie, że jest półsierotą, że opiekuje się młodszym rodzeństwem… Właściwie to dlaczego jego ojciec tyle pracuje? Stanęła w oknie i przez chwilę wpatrywała się w widok za nim. Nagle dobiegło ją wołanie.

Kamila przez chwilę myślała, że źle słyszy. Maurycy? Ale po chwili to samo imię Malwina wypowiedziała ponownie.

„Kto to jest? Maurycy?” – myślała, próbując dojrzeć z okna postaci bawiące się na śniegu na posesji Olka. Ale wszystkie były zakapturzone, w czapkach i szalikach. Na pewno ta wysoka to był Olek. Ta średnia to Malwina, ale ta mała… To powinien być Kamil, bo nawet wzrostem pasował. A tymczasem mówili do niego Maurycy.

– Pewnie ktoś do nich przyjechał w gości – szepnęła do siebie i już miała odejść od okna, gdy do pokoju weszła mama.

Stanęła obok i podążyła za jej wzrokiem.

– Kuba chciałby się z nimi pobawić… – zaczęła.

– Niech idzie. – Kamila wzruszyła ramionami.

– Ty nie pójdziesz?

– Nie… Zresztą widzę, że mają gości.

– Jakich gości? – Mama popatrzyła na nią jak na wariatkę. – Ty tam widzisz jakichś gości? Przecież to Olek, Malwina i Maurycy.

– A kto to jest Maurycy? – spytała Kamila. – Przecież ten ich najmłodszy nazywa się Kamil.

– Kamil Maurycy – powiedziała mama i popatrzyła na Kamilę z politowaniem. – Po tym, jak potraktowałaś Olka, do małego zwracają się drugim imieniem. Nie wiedziałaś? Przez wiele tygodni wszyscy mówili do niego „dzidziusiu”. Zdaje się, że ci to opowiadałam. Biedny dzieciak zaczął reagować na słowo „dzidziuś”, bo chyba myślał, że to jego imię. Teraz widzę, jak mnie słuchasz. Rozumiem, że nie dołączysz do zabawy? Chcieli zrobić wyścigi na dwie pary sanek…

– Nie dołączę, bo mam inne plany – odparła Kamila i dodała: – I przestań wypominać mi Olka. Spotykam się z kimś.

– Z tym chłopakiem, co ma liczne rodzeństwo?

Kamila spojrzała na matkę. A więc wiedziała. Skąd? Ale matka, jakby czytając w jej myślach, dodała:

– Kuba mi powiedział. Czekałam, kiedy mi go przedstawisz.

– Jutro. Zaprosiłam go na obiad.

– Bez uzgodnienia ze mną?

– Teraz ci mówię. Aha. I jeszcze dwie osoby.

– Dwie osoby?

– Tak. Dwie małe osoby. – Kamila położyła nacisk na słowo „małe” i dodała: − Kuba będzie miał atrakcję.

* * *

Marcin usłyszawszy o obiedzie, na którym ma się stawić, najpierw był wściekły, ale Kamila powiedziała:

– Nie chcę, żebyś myślał, że cię ukrywam. To raz. A dwa to chcę, żebyśmy spędzili więcej czasu. Kuba z Mateuszem i Magdą na pewno się jakoś dogadają. Przyjadę po was jutro o jedenastej – zakończyła, odkładając słuchawkę i zostawiając zaskoczonego Marcina sam na sam z jego myślami.

Nie oddzwonił. Nie przysłał esemesa, a tego Kamila obawiała się najbardziej. Nic takiego jednak się nie stało, a to oznaczało zgodę na ten obiad. Dlatego następnego dnia już o dziesiątej rano pojechała Wisłostradą w kierunku Saskiej Kępy. Marcin i Mateusz nie byli specjalnie elegancko ubrani, ale… Magda włożyła swoją najlepszą sukienkę. Kamila uśmiechnęła się pod nosem. „Jednak my, dziewczyny, mamy klasę!” – pomyślała, biorąc Magdę za rękę.

Na miejsce przyjechali przed dwunastą. Zanim nadszedł czas siadania do obiadowego stołu, mama Kamili zdążyła przepytać Marcina na wszelkie okoliczności. Kamila obserwowała, przy których informacjach kręciła nosem. Nie powiedziała jednak nic. Obiad był udany. I nawet Marcin zapunktował, bo przywiózł ciastka, które – jak się przyznał – sam zrobił i to jeszcze poprzedniego dnia.

– Z czego to? – spytała mama Kamili, ale zanim Marcin zdążył odpowiedzieć, że z płatków owsianych i kakao, odezwała się Magdusia.

– To gówienka! – krzyknęła uradowana, powodując przy stole konsternację, bo dorośli zaniemówili, a Mateusz z Kubą ryknęli śmiechem.

– Magdusiu – głos Marcina był łagodny. – One się tak nie nazywają…

– One tylko tak wyglądają – mruknął tata Kamili i wbił zęby w ciastko, ale tym tekstem rozładował sytuację. Zwłaszcza że po chwili stwierdził, że są pyszne, i… sięgnął po kolejne.

Wieczorem Kamila odwoziła Marcina i jego rodzeństwo. Magda zasnęła na tylnym siedzeniu zmęczona zabawą, do której po obiedzie dołączyła Malwina – siostra Olka. Kamila obawiała się, że przy tej okazji Olek dowie się o niej i Marcinie. Nie przewidziała tylko, że Malwina nazwie go Mateuszem, bo pomylą jej się imiona, a mama… Markiem. Cóż… w przypadku rodzeństwa, którego wszyscy członkowie mają imiona na tę samą literę, nie jest trudno o pomyłkę.

* * *

– Nie mówisz mi „cześć”? – spytała zdumiona Weronika.

– Po co? – odparł, wzruszając ramionami. – Jak ostatnio ci powiedziałem, nie raczyłaś odpowiedzieć. Nie męcz mnie więc, Wiesławo! – rzucił i wyminąwszy ją, podszedł do Kamili, która właśnie pojawiła się w drzwiach uczelni.

Imię Weroniki przekręcił specjalnie. Taka drobna zemsta za Mieczysława. Nie wiedział jednak, że ta jego arogancja podziałała na Weronikę jak płachta na byka.

„Już ja ci pokażę Wiesławę!” – pomyślała, patrząc za odchodzącą przytuloną parą.

Learn languages from TV shows, movies, news, articles and more! Try LingQ for FREE