×

Używamy ciasteczek, aby ulepszyć LingQ. Odwiedzając stronę wyrażasz zgodę na nasze polityka Cookie.


image

Emigracja - Malcolm XD, Farma kapusty (1)

Farma kapusty (1)

Około drugiej w nocy, czyli po jakichś dwóch godzinach jazdy, John Lin zatrzymał samochód, obudził mnie i Stomila, i powiedział, że dojechaliśmy. Wyszliśmy z samochodu, pożegnaliśmy się z nim i Mikiem „STOP BULLYING” z Tajwanu i wzięliśmy cały swój dobytek z bagażnika, po czym chłopaki odjechali w dalszą drogę do Sheffield. My natomiast dopiero wtedy mieliśmy okazję, żeby się rozejrzeć. Oględziny wykazały, że po naszej lewej stronie jest pole kapusty, po prawej stronie jest pole kapusty, za nami również jest pole kapusty, natomiast przed nami jest zajebiście wielka fabryka kapusty, która oczywiście teraz była zamknięta, bo była druga w nocy, a o takich porach kapusty się nie produkuje. Pochodziliśmy trochę koło wejścia, a potem z braku lepszego pomysłu napompowaliśmy zabrany przezornie z Hackney materac dmuchany i poszliśmy na nim spać pod samymi drzwiami, żeby przypadkiem nie przegapić, jak ktoś będzie wchodził do fabryki.

Jakoś o 7 rano drzwi z drugiej strony, tzn. od strony fabryki, zaczęła pchać jakaś panna, uderzając nimi o nasz materac i tym samym nas budząc. Jakby tego popychania było mało, to jeszcze dla pewności zaczęła przez uchylone drzwi krzyczeć MAY I HELP YOU?! To my mówimy, że owszem, może pomóc, bo my wprawdzie nie wyglądamy, ale przyjechaliśmy w sprawie pracy i śpimy tu w nawiązaniu do rozmowy telefonicznej z dnia poprzedniego. Recepcjonistka, która po chwili okazała się Polką, mówi już po ludzku AAAA, TO WY Z POLSKI, TAK? Wtedy się wszystko wyjaśniło, bo to z nią gadaliśmy przez telefon dzień wcześniej. Potwierdziła, że praca rzeczywiście jest i ogólnie nie ma lipy, wszystko jak w ogłoszeniu. Ja jej wtedy przerywam, że najmocniej przepraszam, ale ciekawość mnie zżera, jak ona weszła do budynku, nie budząc nas, skoro spaliśmy, blokując drzwi. Ona w śmiech i mówi, że ona tu w środku mieszka, podobnie jak większość pracowników. Natomiast nie zapytała nas, dlaczego przyjechaliśmy w środku nocy i spaliśmy na dmuchanym materacu pod drzwiami, bo na tej farmie już nie takie rzeczy widziała.

Potem kazała przeciągnąć nasz dobytek spod drzwi wejściowych za recepcję, a nas zaprowadziła do biura, gdzie dostaliśmy umowy do podpisania. Oczywiście podpisaliśmy, bo nasz majątek wynosił po kilkadziesiąt funtów, więc gdybyśmy nie podpisali, to za tę kwotę nie dalibyśmy pewnie rady nawet wrócić do Londynu, o Polsce nie wspominając. Nasza determinacja była tak duża, że najpierw podpisaliśmy umowy po litewsku, które dał nam typek z biura, bo nie chcieliśmy denerwować przyszłego pracodawcy zbędnymi dociekaniami, a dopiero jak gość sprawdzał nasze podpisy na umowach, to skminił błąd i dał nam po polsku. Po formalnościach zawołali jakiegoś pana Wojtka, który miał koło 60 lat i był doświadczonym pracownikiem, a który to miał nam pokazać co i jak. Pan Wojtek wiedział wszystko nie tylko o farmie, ale o życiu w ogóle, ale na razie skupmy się jednak na kapuście. Poniżej przedstawiam wszystko, czego w tej kwestii dowiedziałem się od niego, jak i nauczyłem się sam na późniejszych etapach mojej kapuścianej kariery.

Farma kapusty składała się z:

1. Pola kapusty, które rzekomo miało 1000 akrów, czyli jakieś 400 hektarów, ale nie mogę tego potwierdzić, bo nigdy nie doszedłem do końca.

2. Szeregu blaszanych hal przemysłowych, w których kapustę się segregowało, myło, pakowało i wykonywało wszystkie inne zabiegi pielęgnacyjne, które kapusta musi przejść przed wyjazdem do supermarketu.

3. Obiektów biurowych, w których pracowali wszyscy ci, którzy nie pracowali w polu ani w halach. Najpowszechniej używanym określeniem na tę grupę zawodową było TE KURWY CO NIC NIE ROBIĄ, TYLKO W BIURZE DUPĘ GRZEJĄ.

4. Obiektu rekreacyjnego, który przypominał salę gimnastyczną z mojej podstawówki. Jeżeli nie byliście w mojej podstawówce, to możecie śmiało wyobrazić sobie swoją. W środku stało dużo stołów z krzesłami, kanapy, telewizor, ping pong i tym podobne. Był nawet kosz do koszykówki, ale żeby pograć, to trzeba by poodsuwać te wszystkie stoły, krzesła i ping pongi. Nie mieliśmy zresztą piłki, więc czym byśmy grali, przecież nie kapustą.

5. OSIEDLE.

Osiedle to oficjalna, eufemistyczna nazwa, bo ze względu na zabudowę bardziej odpowiednim określeniem byłby OBÓZ. Natomiast wiadomo, że jak się mówi OBÓZ, to pierwsze skojarzenie zazwyczaj nie jest, że HARCERSKI, tylko inny, dlatego tak się oficjalnie nie mówiło. Można by też ewentualnie mówić KEMPING, ale to z kolei może się kojarzyć zbyt turystyczno-rekreacyjnie i demotywować do pracy. W każdym razie wszystkie te określenia wynikały z tego, że był to wielki plac zastawiony domkami kempingowymi. Większość z nich to były tak zwane domki holenderskie, które nie mają kół, tylko są wielkości kontenera transportowego, przywozi je tir i dźwigiem stawia w jednym miejscu na dłuższy czas. Takich domków było około 30–40, ustawionych w trzech rzędach. Przez każdy rząd szła udeptana droga, która z jednej strony kończyła się halami przemysłowymi i biurem, a z drugiej salą gimnastyczną, zwaną również świetlicą. W każdym z takich holendrów mieszkało 5–8 osób, zależnie od tego, jaki kto miał układ – wiadomo, że im lepszy, to mniej osób, ale do kwestii układów jeszcze wrócę. Za kwaterunek płaciło się od osoby tygodniowo 40 funtów czynszu + 10 funtów zaliczki na prąd, wodę i gaz.

Oprócz tych domków na placu stało jeszcze kilkanaście przyczep mniejszych, jednak posiadających koła, a w niektórych przypadkach to nawet kamperów, czyli przyczep stale połączony z samochodami. W nich mieszkała farmowa elita, różni brygadziści, supervisorzy, a czasami nawet te kurwy, co nic nie robią, tylko w biurze dupę grzeją. Kilka z tych przyczep/kamperów było też zajętych przez szeregowych pracowników, dla których jednak praca sezonowa nie była sezonowa, bo trwała cały rok. Kapusty oczywiście nie zbiera się w UK zimą, więc wtedy wsiadali oni w swoje mobilne domy i jechali do Hiszpanii na zbiory truskawki, które odbywają się w datach dokładnie przeciwnych do zbiorów kapusty. Żyli oni więc w pewnym sensie w rytmie natury, tylko w różnych strefach klimatycznych. Jak natomiast może wiecie, dzieje gatunku ludzkiego można podzielić na okres wędrowno-zbieracki oraz okres rolniczo-osiadły. Ci ludzie od kamperów byli w tym sensie historycznym ewenementem, bo żyli wciąż w obydwu okresach naraz i to w XXI wieku. Jeżeli więc kiedyś w Hiszpanii wybuchnie wulkan, gdy oni akurat tam będą na truskawkach, i zasypie ich żywcem popiół jak pod Etną, to za kilkaset lat archeolodzy będą mieli ciężką rozkminę, jak to wszystko było możliwe.

Hierarchia społeczna panująca na farmie była uwidoczniona w kwestii zakwaterowania. Najniżej byli ci, którzy mieszkali w holendrach po 8 osób. Najczęściej były to takie osoby jak my, dla których był to pierwszy sezon na tej farmie. Ewentualnie ludzie bardziej doświadczeni, którym jednak w poprzednich latach nie udało się wypracować żadnego układu. W barakach mniej zaludnionych mieszkali ci, którzy na farmie byli już któryś raz, jak i biedniejsza część farmowych prominentów – młodsi supervisorzy czy niektóre typki z magazynu. Aby wytłumaczyć, czym był UKŁAD, posłużę się przykładem gości z magazynu właśnie.

Jak pracowałeś na magazynie i ładowałeś wózkiem widłowym skrzynki z kapustą do tira, to znałeś się z tirowcami. Jak jakiemuś tirowcowi pakowałeś zawsze naczepę bez zbędnego czekania, to on oszczędzał czas i pieniądze, byliście ziomkami i wisiał ci przysługę. Wtedy dogadywałeś się z nim, żeby z jakiegoś centrum logistycznego zabrał od czasu do czasu paczkę, którą zostawiał tam szwagier twojego kolegi z farmy, Mariana, który to szwagier do tego samego centrum logistycznego jeździł regularnie busem z Polski, Bułgarii, Litwy czy skąd tam byłeś. W tej paczce był na przykład telewizor czy jakieś rzeczy osobiste, czy flaszki, czy jedzenie, czy szlugi. Załóżmy na potrzeby tego przykładu, że szlugi.

Otrzymawszy od tirowca szlugi, niosłeś je do zastępcy administratora OSIEDLA, żeby je sprzedał mieszkańcom powyżej ceny polskiej, a poniżej ceny angielskiej, żeby się wszystkim opłacało. Nie mogłeś ich sprzedawać sam, bo administracja pilnowała swojego terenu i by cię dojechali. Natomiast jako że sprzedawałeś je z nimi, to byliście ziomkami i mieliście UKŁAD. Dostawałeś więc swoją dolę za papierosy, a do tego twój układowy partner wsadzał cię do baraku, w którym mieszkały oprócz ciebie tylko 4 osoby, a nie 7. To jest przykład UKŁADU biznesowego.

Innym typem UKŁADU był układ koleżeńsko-alkoholowy, sprowadzający się do tego, kto z kim pije przy sobocie. Tutaj chyba zbyt dużo nie muszę tłumaczyć – jak mieszkałeś z młodszym supervisorem w domku i co weekend sobie przy wódzie śliniliście mordy, że MORDO, TY TO DLA MNIE JESTEŚ NAJLEPSZA MORDA, to potem dostawałeś łatwiejsze prace i byłeś ogólnie mniej ciśnięty. Przy wódzie snuto również tysiące planów o tym, kto z kim założy w Polsce najbardziej dochodowy interes za przywiezione z farmy pieniądze. Skoro już poruszyłem temat wódy, to możecie sobie wyobrazić, jak to jest, jak w sobotni wieczór po wypłacie w domku holenderskim o powierzchni 40 metrów kwadratowych siada 8 typa. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że z geometrycznego punktu widzenia mają na osobę do dyspozycji przestrzeń życiową o powierzchni 5 metrów kwadratowych na osobę średnio, co jest powierzchnią tylko o 1 metr większą od minimalnej zalecanej przez Europejski Komitet Przeciwdziałania Torturom na jednego skazanego w zakładzie karnym. W dodatku tych 8 typów jest z dala od rodzin i społeczności lokalnych, pilnujących przestrzegania norm społecznych, których te typy trzymały się wcześniej w kraju. Kolejną kwestią było, że różnym nieprzyjemnym zjawiskom sprzyjały lokalne warunki estetyczne i oferta kulturalno-oświatowa: najbardziej wzniosłą rzeczą był rozciągający się przed domkami widok bezkresu pola kapusty, a właściwie jego 400 hektarów, a drugą najbardziej wzniosłą rzeczą były ex aequo wszystkie stoły do ping ponga. Jak ktoś sobie chciał pójść do kina czy teatru, to teoretycznie mógł iść z buta przez pola do najbliższego miasta, które oddalone było o 3 mile, czyli jakieś 5 kilometrów. Mówię teoretycznie, bo w tym mieście nie było ani kina, ani teatru. Praktycznie było za to coś jak nasz dom kultury, czyli COMMUNITY CENTER, ale zamknięte z powodu kryzysu, więc centrum społeczno-kulturalnym tego miasteczka stał się parking czegoś w rodzaju minicentrum handlowego, przy którym mieściło się Tesco, McDonald's i urząd pracy (po angielsku JOB CENTRE PLUS). Istotne jest to dlatego, że jest naukowo udowodnione, że ludzie przebywający w otoczeniu chujowym zachowują się gorzej niż w otoczeniu przyzwoitym. Dowiedziałem się tego, jak i innych rzeczy opisanych powyżej, już po powrocie do Polski, na studiach, gdy starałem się znaleźć jakieś wytłumaczenie tego wszystkiego, czego byłem świadkiem. Ważne jest to dlatego, że nie chcę stworzyć fałszywego obrazu, że na takiej emigracji jest tylko wóda, bicie się po mordzie i szeroko pojęta patologia. W tym, co tutaj opisuję, znajdziecie jej pewnie więcej niż w swoim codziennym życiu, ale nie dlatego, że osoby, które spotkałem, były gorsze od tych z waszego otoczenia, tylko po prostu znajdowały się w innej sytuacji życiowej. Drugą przyczyną i problemem moim, jak i całego współczesnego świata ze szczególnym uwzględnieniem mediów, jest to, że o normalnych rzeczach się nie pisze i nie mówi, bo nikt o nich nie chce słuchać, bo jak ktoś chce normalnych rzeczy, to może sobie wyjść na zwykłą ulicę przed swoim domem i popatrzeć oczami, a nie kupować gazety czy książki. To prowadzi nas do trzeciego typu UKŁADU.

Farma kapusty (1) Krautfarm (1) Cabbage farm (1) Капустяна ферма (1)

Około drugiej w nocy, czyli po jakichś dwóch godzinach jazdy, John Lin zatrzymał samochód, obudził mnie i Stomila, i powiedział, że dojechaliśmy. Wyszliśmy z samochodu, pożegnaliśmy się z nim i Mikiem „STOP BULLYING” z Tajwanu i wzięliśmy cały swój dobytek z bagażnika, po czym chłopaki odjechali w dalszą drogę do Sheffield. My natomiast dopiero wtedy mieliśmy okazję, żeby się rozejrzeć. Oględziny wykazały, że po naszej lewej stronie jest pole kapusty, po prawej stronie jest pole kapusty, za nami również jest pole kapusty, natomiast przed nami jest zajebiście wielka fabryka kapusty, która oczywiście teraz była zamknięta, bo była druga w nocy, a o takich porach kapusty się nie produkuje. Pochodziliśmy trochę koło wejścia, a potem z braku lepszego pomysłu napompowaliśmy zabrany przezornie z Hackney materac dmuchany i poszliśmy na nim spać pod samymi drzwiami, żeby przypadkiem nie przegapić, jak ktoś będzie wchodził do fabryki.

Jakoś o 7 rano drzwi z drugiej strony, tzn. od strony fabryki, zaczęła pchać jakaś panna, uderzając nimi o nasz materac i tym samym nas budząc. Jakby tego popychania było mało, to jeszcze dla pewności zaczęła przez uchylone drzwi krzyczeć MAY I HELP YOU?! To my mówimy, że owszem, może pomóc, bo my wprawdzie nie wyglądamy, ale przyjechaliśmy w sprawie pracy i śpimy tu w nawiązaniu do rozmowy telefonicznej z dnia poprzedniego. Recepcjonistka, która po chwili okazała się Polką, mówi już po ludzku AAAA, TO WY Z POLSKI, TAK? Wtedy się wszystko wyjaśniło, bo to z nią gadaliśmy przez telefon dzień wcześniej. Potwierdziła, że praca rzeczywiście jest i ogólnie nie ma lipy, wszystko jak w ogłoszeniu. Ja jej wtedy przerywam, że najmocniej przepraszam, ale ciekawość mnie zżera, jak ona weszła do budynku, nie budząc nas, skoro spaliśmy, blokując drzwi. Ona w śmiech i mówi, że ona tu w środku mieszka, podobnie jak większość pracowników. Natomiast nie zapytała nas, dlaczego przyjechaliśmy w środku nocy i spaliśmy na dmuchanym materacu pod drzwiami, bo na tej farmie już nie takie rzeczy widziała.

Potem kazała przeciągnąć nasz dobytek spod drzwi wejściowych za recepcję, a nas zaprowadziła do biura, gdzie dostaliśmy umowy do podpisania. Oczywiście podpisaliśmy, bo nasz majątek wynosił po kilkadziesiąt funtów, więc gdybyśmy nie podpisali, to za tę kwotę nie dalibyśmy pewnie rady nawet wrócić do Londynu, o Polsce nie wspominając. Nasza determinacja była tak duża, że najpierw podpisaliśmy umowy po litewsku, które dał nam typek z biura, bo nie chcieliśmy denerwować przyszłego pracodawcy zbędnymi dociekaniami, a dopiero jak gość sprawdzał nasze podpisy na umowach, to skminił błąd i dał nam po polsku. Po formalnościach zawołali jakiegoś pana Wojtka, który miał koło 60 lat i był doświadczonym pracownikiem, a który to miał nam pokazać co i jak. Pan Wojtek wiedział wszystko nie tylko o farmie, ale o życiu w ogóle, ale na razie skupmy się jednak na kapuście. Poniżej przedstawiam wszystko, czego w tej kwestii dowiedziałem się od niego, jak i nauczyłem się sam na późniejszych etapach mojej kapuścianej kariery.

Farma kapusty składała się z:

1. Pola kapusty, które rzekomo miało 1000 akrów, czyli jakieś 400 hektarów, ale nie mogę tego potwierdzić, bo nigdy nie doszedłem do końca.

2. Szeregu blaszanych hal przemysłowych, w których kapustę się segregowało, myło, pakowało i wykonywało wszystkie inne zabiegi pielęgnacyjne, które kapusta musi przejść przed wyjazdem do supermarketu.

3. Obiektów biurowych, w których pracowali wszyscy ci, którzy nie pracowali w polu ani w halach. Najpowszechniej używanym określeniem na tę grupę zawodową było TE KURWY CO NIC NIE ROBIĄ, TYLKO W BIURZE DUPĘ GRZEJĄ.

4. Obiektu rekreacyjnego, który przypominał salę gimnastyczną z mojej podstawówki. Jeżeli nie byliście w mojej podstawówce, to możecie śmiało wyobrazić sobie swoją. W środku stało dużo stołów z krzesłami, kanapy, telewizor, ping pong i tym podobne. Był nawet kosz do koszykówki, ale żeby pograć, to trzeba by poodsuwać te wszystkie stoły, krzesła i ping pongi. Nie mieliśmy zresztą piłki, więc czym byśmy grali, przecież nie kapustą.

5. OSIEDLE.

Osiedle to oficjalna, eufemistyczna nazwa, bo ze względu na zabudowę bardziej odpowiednim określeniem byłby OBÓZ. Natomiast wiadomo, że jak się mówi OBÓZ, to pierwsze skojarzenie zazwyczaj nie jest, że HARCERSKI, tylko inny, dlatego tak się oficjalnie nie mówiło. Można by też ewentualnie mówić KEMPING, ale to z kolei może się kojarzyć zbyt turystyczno-rekreacyjnie i demotywować do pracy. W każdym razie wszystkie te określenia wynikały z tego, że był to wielki plac zastawiony domkami kempingowymi. Większość z nich to były tak zwane domki holenderskie, które nie mają kół, tylko są wielkości kontenera transportowego, przywozi je tir i dźwigiem stawia w jednym miejscu na dłuższy czas. Takich domków było około 30–40, ustawionych w trzech rzędach. Przez każdy rząd szła udeptana droga, która z jednej strony kończyła się halami przemysłowymi i biurem, a z drugiej salą gimnastyczną, zwaną również świetlicą. W każdym z takich holendrów mieszkało 5–8 osób, zależnie od tego, jaki kto miał układ – wiadomo, że im lepszy, to mniej osób, ale do kwestii układów jeszcze wrócę. Za kwaterunek płaciło się od osoby tygodniowo 40 funtów czynszu + 10 funtów zaliczki na prąd, wodę i gaz.

Oprócz tych domków na placu stało jeszcze kilkanaście przyczep mniejszych, jednak posiadających koła, a w niektórych przypadkach to nawet kamperów, czyli przyczep stale połączony z samochodami. W nich mieszkała farmowa elita, różni brygadziści, supervisorzy, a czasami nawet te kurwy, co nic nie robią, tylko w biurze dupę grzeją. Kilka z tych przyczep/kamperów było też zajętych przez szeregowych pracowników, dla których jednak praca sezonowa nie była sezonowa, bo trwała cały rok. Kapusty oczywiście nie zbiera się w UK zimą, więc wtedy wsiadali oni w swoje mobilne domy i jechali do Hiszpanii na zbiory truskawki, które odbywają się w datach dokładnie przeciwnych do zbiorów kapusty. Żyli oni więc w pewnym sensie w rytmie natury, tylko w różnych strefach klimatycznych. Jak natomiast może wiecie, dzieje gatunku ludzkiego można podzielić na okres wędrowno-zbieracki oraz okres rolniczo-osiadły. Ci ludzie od kamperów byli w tym sensie historycznym ewenementem, bo żyli wciąż w obydwu okresach naraz i to w XXI wieku. Jeżeli więc kiedyś w Hiszpanii wybuchnie wulkan, gdy oni akurat tam będą na truskawkach, i zasypie ich żywcem popiół jak pod Etną, to za kilkaset lat archeolodzy będą mieli ciężką rozkminę, jak to wszystko było możliwe.

Hierarchia społeczna panująca na farmie była uwidoczniona w kwestii zakwaterowania. Najniżej byli ci, którzy mieszkali w holendrach po 8 osób. Najczęściej były to takie osoby jak my, dla których był to pierwszy sezon na tej farmie. Ewentualnie ludzie bardziej doświadczeni, którym jednak w poprzednich latach nie udało się wypracować żadnego układu. W barakach mniej zaludnionych mieszkali ci, którzy na farmie byli już któryś raz, jak i biedniejsza część farmowych prominentów – młodsi supervisorzy czy niektóre typki z magazynu. Aby wytłumaczyć, czym był UKŁAD, posłużę się przykładem gości z magazynu właśnie.

Jak pracowałeś na magazynie i ładowałeś wózkiem widłowym skrzynki z kapustą do tira, to znałeś się z tirowcami. Jak jakiemuś tirowcowi pakowałeś zawsze naczepę bez zbędnego czekania, to on oszczędzał czas i pieniądze, byliście ziomkami i wisiał ci przysługę. Wtedy dogadywałeś się z nim, żeby z jakiegoś centrum logistycznego zabrał od czasu do czasu paczkę, którą zostawiał tam szwagier twojego kolegi z farmy, Mariana, który to szwagier do tego samego centrum logistycznego jeździł regularnie busem z Polski, Bułgarii, Litwy czy skąd tam byłeś. W tej paczce był na przykład telewizor czy jakieś rzeczy osobiste, czy flaszki, czy jedzenie, czy szlugi. Załóżmy na potrzeby tego przykładu, że szlugi.

Otrzymawszy od tirowca szlugi, niosłeś je do zastępcy administratora OSIEDLA, żeby je sprzedał mieszkańcom powyżej ceny polskiej, a poniżej ceny angielskiej, żeby się wszystkim opłacało. Nie mogłeś ich sprzedawać sam, bo administracja pilnowała swojego terenu i by cię dojechali. Natomiast jako że sprzedawałeś je z nimi, to byliście ziomkami i mieliście UKŁAD. Dostawałeś więc swoją dolę za papierosy, a do tego twój układowy partner wsadzał cię do baraku, w którym mieszkały oprócz ciebie tylko 4 osoby, a nie 7. To jest przykład UKŁADU biznesowego.

Innym typem UKŁADU był układ koleżeńsko-alkoholowy, sprowadzający się do tego, kto z kim pije przy sobocie. Tutaj chyba zbyt dużo nie muszę tłumaczyć – jak mieszkałeś z młodszym supervisorem w domku i co weekend sobie przy wódzie śliniliście mordy, że MORDO, TY TO DLA MNIE JESTEŚ NAJLEPSZA MORDA, to potem dostawałeś łatwiejsze prace i byłeś ogólnie mniej ciśnięty. Przy wódzie snuto również tysiące planów o tym, kto z kim założy w Polsce najbardziej dochodowy interes za przywiezione z farmy pieniądze. Skoro już poruszyłem temat wódy, to możecie sobie wyobrazić, jak to jest, jak w sobotni wieczór po wypłacie w domku holenderskim o powierzchni 40 metrów kwadratowych siada 8 typa. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że z geometrycznego punktu widzenia mają na osobę do dyspozycji przestrzeń życiową o powierzchni 5 metrów kwadratowych na osobę średnio, co jest powierzchnią tylko o 1 metr większą od minimalnej zalecanej przez Europejski Komitet Przeciwdziałania Torturom na jednego skazanego w zakładzie karnym. W dodatku tych 8 typów jest z dala od rodzin i społeczności lokalnych, pilnujących przestrzegania norm społecznych, których te typy trzymały się wcześniej w kraju. Kolejną kwestią było, że różnym nieprzyjemnym zjawiskom sprzyjały lokalne warunki estetyczne i oferta kulturalno-oświatowa: najbardziej wzniosłą rzeczą był rozciągający się przed domkami widok bezkresu pola kapusty, a właściwie jego 400 hektarów, a drugą najbardziej wzniosłą rzeczą były ex aequo wszystkie stoły do ping ponga. Jak ktoś sobie chciał pójść do kina czy teatru, to teoretycznie mógł iść z buta przez pola do najbliższego miasta, które oddalone było o 3 mile, czyli jakieś 5 kilometrów. Mówię teoretycznie, bo w tym mieście nie było ani kina, ani teatru. Praktycznie było za to coś jak nasz dom kultury, czyli COMMUNITY CENTER, ale zamknięte z powodu kryzysu, więc centrum społeczno-kulturalnym tego miasteczka stał się parking czegoś w rodzaju minicentrum handlowego, przy którym mieściło się Tesco, McDonald's i urząd pracy (po angielsku JOB CENTRE PLUS). Istotne jest to dlatego, że jest naukowo udowodnione, że ludzie przebywający w otoczeniu chujowym zachowują się gorzej niż w otoczeniu przyzwoitym. Dowiedziałem się tego, jak i innych rzeczy opisanych powyżej, już po powrocie do Polski, na studiach, gdy starałem się znaleźć jakieś wytłumaczenie tego wszystkiego, czego byłem świadkiem. Ważne jest to dlatego, że nie chcę stworzyć fałszywego obrazu, że na takiej emigracji jest tylko wóda, bicie się po mordzie i szeroko pojęta patologia. W tym, co tutaj opisuję, znajdziecie jej pewnie więcej niż w swoim codziennym życiu, ale nie dlatego, że osoby, które spotkałem, były gorsze od tych z waszego otoczenia, tylko po prostu znajdowały się w innej sytuacji życiowej. Drugą przyczyną i problemem moim, jak i całego współczesnego świata ze szczególnym uwzględnieniem mediów, jest to, że o normalnych rzeczach się nie pisze i nie mówi, bo nikt o nich nie chce słuchać, bo jak ktoś chce normalnych rzeczy, to może sobie wyjść na zwykłą ulicę przed swoim domem i popatrzeć oczami, a nie kupować gazety czy książki. To prowadzi nas do trzeciego typu UKŁADU.